Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
znajomijoe.pl blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl darmowe forum val.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl forumforum.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
In my opinion. Oceny opowiadań.


TABLICA OGŁOSZEŃ
pod redakcją Isamar-nie-bijcie-zbyt-mocno

(3 III 2010)
Internet wrócił, a więc kolejki zostały wreszcie doprowadzone do porządku. Pod topór poszły wszystkie blogi przedawnione i nieistniejące, pełna lista tam, gdzie zwykle.
Zainteresowanych powiadamia się, iż z racji odejścia Cissy blogi do niej zgłoszone zostaną rozrzucone do innych kolejek w sprzyjającym czasie; zaleca się ponowny wybór oceniającego - informować o takiej potrzebie będę, gdy już pojawią się jacyś oceniający.
Jak być może niektórzy zauważyli, pozostało nas dwie; a ponieważ przed Silvą matura — w praktyce do maja jestem sama. Postaram się coś zdziałać w tym czasie, by IMO zupełnie nie podupadło, niemniej wszechmocna nie jestem.
Z tej racji chętniej niż zwykle przyjmę kogoś do pomocy. Zasady naboru są proste — prosimy o przesłanie oceny dowolnego bloga na adres in_my_opinion[at]interia.pl i poinformowanie o tym fakcie w komentarzu pod najświeższą notką. Zapoznamy się z recenzją i odpowiemy.
Tymczasem zaś oczekujących na ocenę proszę o cierpliwość.

...A wszystkich naszych czytelników, fanów, profanów i całą resztę rozkosznej gromadki jak zawsze zapraszamy na forum; powstało ono, co prawda, z myślą o oceniających, ale z radością powitamy każdego, kto ma do powiedzenia coś ciekawego.







Ocena 73.
22.02.2010r. o 19.24

Oceniam:
„co za pośpiech!”

turn-the-page





Wygląd — 27/30p.


1. Pierwsze wrażenie
Ach, ach, pamiętam jeszcze czasy, gdy reklam na mylogu — jak i na tym blogu — nie było i nic nie utrudniało mi odbioru. Z tymi tutaj jest o tyle gorzej, że nie siedzą, jak szanujące się reklamy, na górze, ale w połowie strony, zasłaniają mi tekst i pojęcia bladego nie mam, jak się ich pozbyć. Wygląda na to, że czeka mnie kopiowanie i wklejanie tekstów do Worda, a bardzo tego nie lubię. Niedobrze.
Ale, ale, przejdźmy do rzeczy. Turn the page znam, a jakże, któż z mylogwych pisarzy i recenzentów nie zna. Opinie słyszałam różne, zawsze przynajmniej neutralne, co dobrze wróży. I przyznam, że czekałam niecierpliwie, kiedy wreszcie przyjdzie mi samej zapoznać się z opowiadaniem. Także dlatego, że — bądź co bądź — teksty z potterowskiego fandomu najlepiej mi się ocenia.
Nad wyglądem porozwodzę się piętro niżej. Z wcześniejszych przeglądów wiem, że to blog dopieszczony jak mało który, a na pierwszy rzut oka to widać.
A raczej — robiłoby, gdyby nie reklamy.
7/10p.


2. Szablon
Udało mi się na krótką metę pozbyć kolorowych i migających zaproszeń do gry w Lotto i kupna telefonu w razie wygranej, toteż wreszcie widzę całość. I owa całość prezentuje się bardzo ładnie.
Grafika całkiem ciekawie skonstruowana; choć przyznam, że tors w tle został przeze mnie dostrzeżony dopiero po przejrzeniu zalinkowanych w podpisie galerii. Pan na pierwszym planie ma bardzo interesującą fizjonomię i robi odpowiednie wrażenie. Tło dobrze zagospodarowane — czcionka na ciemnym tle jest widoczna, a beże i brązy nie męczą oczu. Ba, nawet linie w tym kolorze nie psują wrażenia, choć zwykle wyglądają dość topornie.
Pod grafiką mamy kilka cytatów z kanonu, zdaje się, że wszystkie z pierwszego tomu. O ile ten trzeci jest już koszmarnie wytarty na skutek częstego używania, o tyle dwa poprzedzające są mniej zużyte, a we trójkę brzmią jak powinny.
A teraz najlepsze, czyli menu: mapowane, z linkiem do strony, gdzie mamy kolejne odnośniki, a w nich wszystko, czego tylko mogłabym sobie zażyczyć. Proponowałabym tylko trochę inne ułożenie — na przykład teksty o opowiadaniu (pomysł, bohaterowie, kanoniczność, słowo odautorskie) powinny być obok siebie, bez przerwy na galerię szablonów, której najlepiej byłoby trochę niżej.
Zawartość strony została perfekcyjnie dobrana i opracowana — nic dodać, nic ująć. Nie zapomniano o najmniejszych szczególikach, każdy element tego szablonu współgra z innymi, nic nie pozostaje samemu sobie, wszystko ma swoje miejsce. Tak się powinno dbać o stronę techniczną, ot co.
15/15p.


3. Dodatki
Mamy księgę z odrębnym zagospodarowaniem strony, występującym także w archiwum — zdaje się, że wygląd został dopasowany do poprzedniego szablonu, ale to w niczym nie przeszkadza — spis treści i kilka tekstów o opowiadaniu, odnośniki do poprzednich ocen, galerię wcześniejszych szablonów — bardzo fajna rzecz, nawiasem mówiąc — oraz inspiracje muzyczne, co, zdaje się, jest ostatnio w modzie. A poza tym całkiem zgrabny avatar.
5/5p.



Treść — 63/100p.


1. Działy dodatkowe
Pierwsze, o czym należałoby wspomnieć, to — że istnieje kilka działów dodatkowych, odpowiednio rozplanowanych. Mamy dział o Autorce i słowo odautorskie, mamy kilka słów o pomyśle i o bohaterach oraz tajemniczy dział dotyczący kanoniczności. Początkowo zupełnie mnie to satysfakcjonowało, ale po bliższym przejrzeniu miałabym kilka uwag; prawdopodobnie pachnących z daleka zrzędliwością, ale skoro mam do czynienia z tak zadbanym blogiem, to nie mogę ich sobie darować; tudzież Autorce.
Przede wszystkim, należałoby trochę wzbogacić nawigację. Niby mamy menu mapowane, więc do niego zawsze można wrócić (o czym, niestety, ja wiecznie zapominam), ale przydałby się też odnośnik na stronę główną. Na przykład pod tekstem — ktoś kończy czytać i proszę, elegancko może przejść do strony głównej; a i nie zaszkodziłoby dodać przy okazji normalnego odnośnika do menu. Ja wiem, wiem, jest pod grafiką i zapewne normalni ludzie o tym pamiętają — ale dzięki temu Potencjalny Czytelnik mógłby od razu kliknąć w link, zamiast przesuwać najpierw stronę do góry. Zawsze to lepiej jeden link więcej niż mniej.
A teraz teksty. Główny zarzut, jaki do nich mam, to ten, że dużo w nich pisaniny, a mało konkretów. Mowa-trawa, jakby powiedział Harry, choć z drugiej strony wiadomo, że autorytetem w kwestii retoryki to on nie jest. Daruję dział o pomyśle, bo podejrzewam, że trudno w tej kwestii powiedzieć coś konkretnego o Turn the page (zresztą, sama będę miała zaraz możliwość się o tym przekonać), daruję dział o Autorce, bo ten jest w miarę solidnie skonstruowany, a co mi się nie podoba, to już moja rzecz. Ale ten o bohaterach kłuje w oczy — złoto dla autora, który wpadnie na to, że nie musi tworzyć działu o postaciach po to, by napisać, że ich opisywanie jest nieprofesjonalne. Sądzę, że ta podstrona jest absolutnie zbędna. Tekst o Danielu zawiera się w treści opowiadania. Po co to powielać?
Co się tyczy działu o kanoniczności, sądzę, że jest zbędny. O tym, że Joaśka sama dobrze nie wie, co namieszała, nikomu nie trzeba przypominać; wystarczy wziąć pod uwagę to, że czas akcji ustalili czytelnicy, na podstawie Komnaty Tajemnic, zanim droga Jo zechciała popracować nad konkretami. Sądzę więc, że ustalanie dat urodzin co do roku to przesada — zwłaszcza, że w opowiadaniu nie ma to żadnego znaczenia, ważna jest — ewentualnie — różnica wieku pomiędzy bohaterami.
I ostatnia rzecz — dział „słowo odautorskie”. Myślę, że tytuł „dedykacja” albo „podziękowania” pasowałby lepiej.
Najogólniej rzecz biorąc, wszystko, co piszesz, w jakiś sposób tekstu dotyczy, ale nie niesie żadnych konkretnych wiadomości. I bardziej przydaje się komuś, kto już jest obeznany z tekstem, niż komuś, kto pierwszy raz zagląda na bloga i chciałby się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, by zadecydować, czy zostaje, czy idzie dalej. Nie wiem, być może Turn the page to jeden z tych tekstów, w przypadku których trudno walić po oczach konkretami — ale sądzę, że w takim razie lepiej by się sprawdził jeden dział, być może właśnie swego rodzaju słowo odautorskie, w którym połączono by najważniejsze, a zrezygnowano z tego, co zbędne.
6/7p.


2. Pomysł
W Turn the page mamy do czynienia nie tyle z pomysłem na opowiadanie, ile koncepcją świata. A wykreowanie w oryginalny sposób świata, co po raz kolejny przyjdzie mi powtórzyć, to jeszcze nie pomysł. Opowiadanie to historia, splot zdarzeń, ciekawych zdarzeń, o których autor opowiada czytelnikowi; przestrzeń jest tylko tłem. To, co sobie wymyślisz na temat świata, zyska funkcję inną niż zdobnicza li i jedynie wtedy, gdy będzie miało istotne znaczenie dla fabuły. A jakie znaczenie ma dla fabuły to, że czas akcji przypada na lata strachu i terroru wśród czarodziei? Ano, niewielkie. Ludzie słabi — jeśli chcesz twierdzić, iż pan Smith jest człowiekiem słabej psychiki — ulegający bardziej perswazyjnym, skłonni do agresji i przemocy żyją we wszelkich czasach, nie tylko okoliczności czynią ich okrutnymi czy wyzbytymi moralności. I dalej, odchodząc już od świata — czy skłonności Daniela wystarczają za pomysł, czy mają wpływ na to, co planujesz? Podejrzewam, że owszem, ale w obecnej fazie rozwoju historii nie jestem w stanie dostrzec tego, co faktycznie — jeśli nie świat, jeśli nie bohater — ma być głównym fundamentem opowiadania. Losy śmierciożercy-sadysty to dla mnie za mało.
6/10p.


3. Fabuła i akcja
Fabułę rozpoczyna prolog, bardzo obfity w fakty. Poznajemy głównego bohatera z czasów, gdy nie był jeszcze śmierciożercą — najpierw jako rozkapryszonego czterolatka, później wszechwiedzącego jedenastolatka, aż wreszcie pewnego celu, do którego zmierza, Hogwartczyka. Dużo tego jak na tak małą objętość tekstu, ale zabieg wydaje się uzasadniony — od czasów pana F. koncepcja jakoby nasze dzieciństwo decydowało o naszym życiu (czy może, delikatniej rzecz ujmując, w pewien sposób nas determinowało) jest bardzo popularna. Aczkolwiek sądzę, że lepiej by to wyglądało, gdybyś w prologu skupiła się na samym motywie ćwiczeń i dążeniu do celu, a dzieciństwo — złość, zazdrość, przekonanie o własnej wszechwiedzy — wplotła w tekst ciągły, na przykład w formie retrospekcji. Bo przy obecnym rozwleczeniu prologu w czasie nie jesteś w stanie opisać wszystkiego wyczerpująco i tylko zaznaczasz pewne rzeczy, jakbyś odhaczała je na liście, co tylko potęguje wrażenie chaosu i lakoniczności. Nie wiem, może tak miało być — niemniej mi to nie odpowiada.
W akcji właściwej Daniel jest dorosłym — przynajmniej oficjalnie — mężczyzną, którego życie koncentruje się wokół Voldemorta i jego działalności. Wszystkie inne elementy — rodzina, przyjaciele, kariera zawodowa — schodzą na drugi plan, ba, zostały całkowicie zminimalizowane; dla Daniela znaczenie ma tylko to, co śmierciożercze — i słusznie, wziąwszy pod uwagę jego fanatyzm.
Pierwsze zadanie, przy którym obserwujemy bohatera, to wyeliminowanie rodziny McGranhów — na tyle nierozsądnych, by otwarcie odmówić przystąpienia do szeregów Czarnego Pana. Warto zauważyć, że McGranhowie nie są dla Daniela obcymi ludźmi, to przyjaciele jego rodziny. Ale, jak się wkrótce okazuje, to bez znaczenia. Na jaw wychodzi nie tylko głębokie oddanie Voldemortowi — zaiste, bardzo ciekawa rzecz: Lordowi, nie sprawie — ale i szczególne okrucieństwo Daniela. Jak się okazuje, Daniel nie tylko jest śmierciożercą — jest też artystą, a jego specjalność to brutalne mordy, które zdają się budzić niechęć nawet u jego kolegi po fachu, Monroe’a.
Ale, ale: wróćmy do wydarzeń. Duet w osobach Daniela i młodego Avery’ego pojawia się późnym wieczorem przez domem wyżej wymienionych; pierwszy z nich podekscytowany tym, co go czeka, ten drugi — znudzony.
Bez większego trudu trafiają do domu i unieruchamiają swoje ofiary — panią i pana McGranh. Monroe wyraźnie chciałby szybko z nimi skończyć, by nie brudzić sobie zanadto rąk, ale Daniel ma inne plany — bardziej krwiste, że się tak wyrażę. Zanim jednak przechodzi do czynu, wdaje się w mało intrygującą polemikę z panią McGranh, przyjaciółką matki, której ma wiele do zarzucenia. Przyznam, że niezbyt mi się to podobało — poziom dyskusji jest zatrważająco niski; pół biedy z Danielem, w końcu jest jeszcze młody — to i głupi, chociaż psuje tym wrażenie wyrachowanego złoczyńcy, jakie zwykle robi; ale Abigail McGranh? To starsza kobieta, nie nastolatka, mając w bliskiej perspektywie śmierć mogłaby zdobyć się na coś innego niż „Zawsze wiedziałam, że jesteś nienormalny” i „Pożałujesz tego”. Ale kto wie? Ostatecznie nie znajdowała się w zbyt komfortowej sytuacji, trudno, by zdobywała się na elokwencję.
Tymczasem na jaw wychodzi nieobecność latorośli państwa McGranhów, Katherine. Dziewczyna zjawia się, gdy jej rodzice są już na drodze do lepszego świata, a opuszczony przez Avery’ego Daniel sprząta po sobie (jedno „ale”: usuwa wszystko, co wskazuje na udział czarodziei, a jednocześnie pozostawia Mroczny Znak, by było to oczywiste? bo przecież nie mógł usuwać swoich śladów, Daniela Smitha — raczej się nigdzie nie podpisywał, a wątpię, by czarodzieje szukali śladów DNA na dywanie). Dość niefortunny moment na powrót sobie wybrała, ale trudno przypuszczać, by została oszczędzona, gdyby zjawiła się później. O dziwo, po krótkiej pogawędce ujawniającej, że Katherine nie zamierza bać się go, Daniel nie uznaje za stosowne pozbyć się niewygodnego świadka; tłumacząc sobie, że dziewczyna może się przydać Czarnemu Panu — do czego? trudno stwierdzić — zabiera ją ze sobą. Gdzie? Do Severusa Snape’a, znanego, jak się okazuje, ze zdolności oklumencyjnych. Ten jednak, jak już wiemy, miłosiernym samarytaninem nie jest; żąda informacji za informację, tym samym zgoła niepotrzebnie zdradzając się z nadal trwającą obsesją na punkcie Lily Evans-Potter. Niezbyt mądrze z jego strony — taak, zrzućmy wszystko na alkohol — ale ostatecznie nie ma do czynienia z kimś, kto umiałby odpowiednio wykorzystać tę wiedzę.
Tak więc Katherine i Daniel wyruszają, by śledzić państwa Potterów, a Snape na przeszpiegi dla Czarnego Pana. I tu coś się dzieje z czasem, bowiem mamy sierpień 1980 roku, Harry jest już na świecie, a tymczasem Snape podsłuchuje słynną przepowiednię Sybilli Trelawney z minionej zimy. Jeśli to wydarzenie miało się pojawić w formie retrospekcji, to proponuję to wyraźniej zaznaczyć, bo w obecnym stanie wszystko wskazuje na to, że Harry po prostu nie jest dzieckiem z przepowiedni; a to podsłuchanie — brzydko mówiąc — wyskakuje ni z tego, ni z owego i jest zupełnie zbędne.
Wieczorem młody Smith z córką McGranhów ponownie pojawia się u Snape’a. Severus zostaje uraczony niezbyt mu miłymi wiadomościami o szczęśliwym pożyciu Potterów i w tym gniewnym nastroju wkrada się w myśli Katherine. Po chwili stwierdza to, co oczywiste — dziewczyna jest bezużyteczna. Daniel kurtuazyjnie proponuje jej wybranie miejsca, w którym dokona żywota, a ponieważ panna nie ma ochoty współpracować, uśmierca ją humanitarną Avadą, co dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę jego zamiłowania.
Scena ostatnia przedstawia nam jeszcze Daniela karanego przez Czarnego Pana za opieszałość w mordowaniu Katherine. Dlaczego tak bardzo mu przeszkodziło kilka godzin zwłoki — nie wiem, ostatecznie i tak wszyscy uważają, że zmarła z rodzicami; może po prostu Lord i Daniel mają więcej wspólnego niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Tak czy inaczej scena jest dobra, mocna i wyraźnie zamyka część pierwszą.
No dobrze, więc podsumujmy: ofiara, która nie boi się swojego oprawcy — dzięki czemu zyskuje czas, by mu o tym opowiedzieć — to dość częsty motyw. Powiem szczerze, że opracowanie go wyszło ci dość sztucznie. Brak strachu przed śmiercią w obliczu tego, co może się stać, jeśli przeżyje, jest zrozumiały; ale brak strachu przed bólem — bo przecież widzi, co Daniel zrobił z jej rodzicami — już trochę mniej. Kolejne kwestie Katherine to powielenie tego, co już ktoś kiedyś w podobnej sytuacji powiedział i nijak mnie nie przekonują. Zwłaszcza mowa pożegnalna robi złe wrażenie. I nawet nie jest to kwestia treści — bo to, co Katherine mówi, jest na swój sposób naturalne — ale formy, doboru słów, o czym, być może, powinnam pisać przy stylu. Wyszło zbyt patetycznie, zbyt teatralnie, na pokaz — jakby stała na scenie i układała przemówienie do widza. A tymczasem powinna wywrzeć takie wrażenie, by widz zapomniał o swoim istnieniu i widział tylko Katherine i Daniela.
Druga część, podobnie jak pierwsza, dotyczy kolejnego — tym razem może nieco większego — przedsięwzięcia Voldemorta; a konkretniej rzecz biorąc — napadu na pociąg Londyn-Hogwart. Przyznam, że mocno to naciągane. Nie chodzi o sam pociąg, bo to częsty motyw — choć wybijanie bezbronnych uczniów tylko po to, by wkurzyć Dropsa, to idiotyzm — zbyt duże ryzyko przy żadnych korzyściach. Ale twoje założenia Voldemorta są po prostu niepoważne. Pół biedy z podziałem i wybijaniem wszystkich prócz Ślizgonów — choć on sam powinien najlepiej wiedzieć, że złe skłonności są w różnych ludziach, w końcu jego śmierciożercy wywodzili się z różnych domów; a uśmiercanie potencjalnych przyszłych zwolenników jest głupie. To jednak jeszcze da się przeboleć, to — znów — rzecz typowa dla fanonu. Ale Voldemort nijak nie mógł założyć, że dzieci jego śmierciożerców należą tylko do Slytherinu; zaś zabicie ot tak, przy akcji, dzieci kilkunastu lub kilkudziesięciu śmierciożerców to zbyt duże ryzyko — przecież natychmiast mogliby się zbuntować, a bunt tak dużej grupy nie przejdzie bez echa. Zbyt duże ryzyko, Voldemort nie byłby na tyle głupi; Voldemort karał tych, którzy go zawiedli, ale nigdy nie dałby odczuć ogółowi śmierciożerców, że tak nisko ich ceni — przeciwnie, on ich wywyższał, kazał im myśleć, że wraz z rodzinami są w znacznie lepszej sytuacji, są bezpiecznie. Dlatego ten plan jest nieprawdopodobny psychologicznie. A ostatni gwóźdź do jego trumny to poleganie na szatach — na bór, spora część przebierała się przy samym Hogsmeade, ktoś mógł zapomnieć, ktoś, dla zabawy, mógł zmienić sobie kolor, pierwszoroczni byli nieprzydzieleni — na dzieciakach nigdy nie można polegać w poważnych planach; aż wreszcie — kolorowe były tylko obramowania, całe szaty są czarne i na pierwszy rzut oka się nie różnią; a w zamieszaniu, jakie powstaje, gdy dzieje się coś groźnego, trudno raczej szukać koloru po rękawach.
Do napadu oczywiście dochodzi i wszystko toczy się niemal zgodnie z planem, a Daniel po raz kolejny ma okazję się popisać. Najwyraźniej jeszcze nie zauważył, że jego mugolskie sztuczki i tracenie czasu niezbyt podobają się Lordowi, ale kto wie — może kiedyś faktycznie przyjdzie mu stanąć przed wyborem Czarny pan albo sztuka?
Jak to się zakończyło — trudno stwierdzić, zapewne interwencją aurorów. Dość, że pewna część uczniów zdołała dotrzeć do szkoły, by wysłuchać wyjątkowo kiepskiej mowy Dumbledore’a. Na Merlina, wystarczy zestawić to, co powiedział po śmierci Cedrika, z tym, co ty, Lori, serwujesz po zamordowaniu dziesiątek uczniów. Kontrast jest olbrzymi i działa na twoją niekorzyść.
Kolejne zadanie Daniela ma dotyczyć państwa Longbottomów i przyznam, że jestem bardzo ciekawa, jak się to rozegra — pamiętając, rzecz jasna, o kanonicznej wersji ich końca.
Tymczasem zaś Daniel ma na głowie inne sprawy. Lordowi najwyraźniej nie podoba się rodzina Smithów i postanawia się jej pozbyć. Tak więc Daniel, wykorzystując zaproszenie na urodziny matki, trzydziestego września pojawia się w domu rodzinnym i z gracją przystępuje do działania.
Tak mniej-więcej przedstawia się główny tor opowieści; ale nie jest to przecież tekst jednowątkowy. Poza Danielem mamy kilka postaci, których perspektywa sporadycznie wymienia się z perspektywą Daniela. Jest więc Lucjusz, który ma swoje prywatne porachunki z Czarnym Panem i dzięki któremu wkraczamy — zbyt delikatnie i aluzyjnie, jak na razie — w wątek Regulusa. Są inni śmierciożercy, z których każdy ma swoje pięć minut — Snape, Bellatrix czy, na razie ciągle drugoplanowy, Avery junior. Są Potterowie razem z Huncwotami, bez których raczej trudno opowiedzieć historię tych czasów — ostatecznie to oni odegrali główną rolę w unicestwieniu Voldemorta. Jest Dumbledore, który ma swoje własne, tajemnicze plany. I są Hogwartczycy, zwłaszcza Ślizgoni, którzy zdecydować, po której stronie znajdą się w tej wojnie.
O ile treści dotyczące Daniela jestem w stanie sobie uporządkować, a jeśli mam co do czegoś wątpliwości, to raczej do przedstawienia niż samego ciągu fabularnego — o tyle te wszystkie wątki poboczne są dla mnie zbyt chaotyczne. Kolejne osoby — Greyback, młody Yaxley, Americana i Elizabeth — pojawiają się ni z tego, ni z owego; i chociaż przy dalszym rozwoju historii w naturalny sposób by się w nią wtopili, to obecnie zwyczajnie mi przeszkadzają. Chaos, chaos, chaos. Brakuje mi w tym porządku, jasnego stwierdzenia, że ten bohater jest bardzo ważny, a ten mniej, to wydarzenia ma znaczenia dla fabuły, a to tylko ma za zadanie pokazać bohatera, zbudować klimat.
Cóż rzec: mamy akcję, mamy fabułę. Ale fabuła — ta, którą (przepraszam, może moja wina) potrafię dostrzec i jasno określić — obejmuje li i jedynie działalność Daniela w kręgach Lorda. Na dodatek brak mi ściślejszych powiązań między kolejnymi działaniami Daniela — bo jak na razie każda część to poniekąd osobna historia. I byłoby to do wybaczenia jako wstęp do opowiadania, zarys sytuacji — ale poświęciłaś im zbyt wiele uwagi, by je tak potraktować.
Natomiast jeśli chodzi o wszystkie wątki nieobejmujące Daniela — potrafię je odznaczyć tylko sygnalnie; wiem, że funkcjonują, wiem, że coś z nich będzie. Ale na razie jeszcze nie wiem co, nie widzę tego.
14/20p.


4. Bohater główny
Daniel Smith, rzecz jasna. Myślę, że to, co najważniejsze, już wyszło na jaw przy fabule, ale pozwolę sobie powtórzyć. Otóż: Daniel jest przede wszystkim śmierciożercą. Jeszcze w Hogwarcie, jako młody chłopak, uczył się tego, co mogłoby mu się przydać w służbie Czarnemu Panu, zaś dorosłe życie podporządkował jemu. Jako śmierciożerca jest też mordercą, co powinno wynikać jedno z drugiego, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest; sadystyczne skłonności zapewne wyszły by na jaw wcześniej czy później, z Voldemortem czy bez niego. Ponieważ zaś ma możliwości, Daniel się rozwija; i staje się — w swoim mniemaniu — artystą w sztuce, jaką jest brutalne, okrutne i wyjątkowo nieestetyczne zabijanie.
Pod tym względem Daniel chyba nie zna granic; za symboliczne ich przekroczenie można by uznać moment zachwytu nad dziełem Greybacka, ale może nie posuwajmy się do takich wniosków. Powiedziałabym, że w tej jego działalności objawia się niedojrzałość i brak rozsądku — wyjątkowy brak rozsądku, wziąwszy pod uwagę sytuację. Pomyślałabym, że śmierciożerca powinien być ostrożny, wyrachowany, ale: szybki i zręczny; ostatecznie z jednej strony musi uważać, by nie wpaść (przy okazji: zupełnie pomijasz reakcję ministerstwa na Voldemorta i wszystkie te mordy, jeśli je komentujesz — to przez Dropsa, Zakon i uczniów; a gdzie władza?), z drugiej — by nie podpaść swojemu mistrzowi. Daniel zdaje się zupełnie nad tym nie zastanawiać; zbyt wiele pozostawia w rękach przypadku. To niedopuszczalne; i, co gorsze, gryzie się trochę w moim postrzeganiem ślizgońskiej przebiegłości.
Ale, ale — skupmy się może na kreacji. Ta zaś ma się całkiem dobrze — o ile ten brak rozsądku to rzecz zamierzona. Dobrze prowadzisz Daniela przez kolejne zabójstwa, nieźle radzisz sobie z ukazaniem charakteru przez pryzmat działań, co zawsze — i jako recenzent, i czytelnik — bardzo cenię. Natomiast mam ci do zarzucenia to, że zbyt często pewne rzeczy podajesz na tacy i jednocześnie oceniasz Daniela; ot, scena przy Voldemorcie, w której opisujesz podział śmierciożerców na głupich i świadomych, bez wahania umieszczając go w tej pierwszej grupie. Dobrze to uzasadniasz innym momentem — atakiem na Goyle’a przed napaścią na pociąg — ale ten pierwszy moment po prostu źle wyglądał. Nie można mówić czytelnikowi (wrażenie pogłębia twoja specyficzna narracja) „bohater, którego losy śledzisz, jest głupi”. To nieeleganckie. Zauważ, że literatura unika takich stwierdzeń. W literaturze bohater może być zły, może mieć przestawione priorytety, odmienny światopogląd; może to doprowadzić do jego zagłady. Ale dobry autor nigdy nie mówi „On był idiotą, patrz, źle skończył”. Przeciwnie; autor tym lepszy, im dyskretniej szepnie „Źle skończył, jak myślisz, dlaczego?”.
Nie widzimy natomiast Daniela-człowieka. Objawia się jako taki w prologu — ten wrzaskliwy, zazdrosny smarkacz i dzieciak z przerostem ambicji. Później widzimy już tylko drobiazgi: niechęć do mugoli i przedmiotów mugolskich, sprzeczna z uzależnieniem od używek, ciekawość (a może tylko zaintrygowanie daną osobą?), gdy chce wiedzieć, co myśli Monroe i co ukrywa na piętrze, popędliwość, gdy rzuca się na Goyle’a. DO pewnego stopnia jest to uzasadnione: bohater twojej opowieści na być głównie śmierciożercą, a więc w pewien sposób musi być uniwersalny. Ale musi też być człowiekiem, musi mieć rozwiniętą osobowość; opowiadanie to nie przypowieść, kreacja musi być pełna — inaczej żaden czytelnik go nie kupi. I tego mi właśnie brakowało.
11/15p.


5. Pozostali bohaterowie
Bohaterowie drugoplanowi nie są, niestety, tak charakterystyczni jak Daniel; a jeśli są — to nie udało ci się tego ukazać. Twierdziłabym jednak, że to raczej kwestia braku chęci, nie umiejętności.
Zacznę od kręgu śmierciojadów i tego, kto znajduje się w centrum ich uwagi, czyli Voldemorta. Tyle razy już mówiono, że to trudna postać, że nie ma sensu tego powtarzać. Niemniej jednak twój Voldemort to jeden ze słabszych, z jakimi się spotkałam. Tyle razy wspominasz o psychologii przy Danielu, iż wydawało mi się, że znasz ją przynajmniej nieźle — choćby z czysto laickiego zainteresowania. Tymczasem Voldemort to jeden wielki brak prawdopodobieństwa psychologicznego, nawet jeśli wziąć pod uwagę jego psychiczne odejście od normy.
Zacznijmy od tego, że twój Voldemort jest okropny, zły i wstrętny ot tak, bez żadnego celu; to ktoś, kto dużo — i kiepsko, to trzeba dodać — mówi, a niewiele robi. Jego plany — mam tutaj na myśli napad na Hogwart Ekspres — są śmiesznie dziecinne. Jego działania znikome. A jego postępowanie z podwładnymi to ślepa uliczka. Voldemort, jakiego ja widzę, to mistrz słowa i perswazji — on zwodzi, mami, czaruje; mieliśmy próbkę jego zdolności w szóstym tomie. Tymczasem twój Voldemort pokrzykuje. Warczy na śmierciożerców, ledwie się pojawią. Nie jest nawet zadowolony, kiedy coś idzie po jego myśli; że kara, kiedy ktoś nawali, to nic nowego. Ale grożenie Lucjuszowi śmiercią syna-jedynaka (przy całym szumie o czystej krwi, dziedziczeniu i tak dalej) za nieodpowiednią minę — przecież to czysta głupota. Abstrakcja, jeśli chodzi o Voldemorta.
Można by założyć, że w tym czasie Czarny Pan jest u szczytu potęgi i nie musi już budować swojej pozycji ani kusić nowych szeregowców, bo wszystkich już ma. Ale mimo to myślę, że takie niepotrzebne narażanie się na bunt nie jest w jego stylu. A już nic nie uzasadnia braków w osobowości.
Następny w kolejce jest Lucjusz, ale o nim zbyt wiele nie mam do powiedzenia. Podstawowy błąd w konstrukcji to lucjuszowe słownictwo — oczekiwałabym więcej klasy po Malfoyu. Ale tutaj możemy polemizować. Trudno mi jednak przyjąć jego postępowanie z dziennikiem. Nie wierzę, by ktoś taki jak on — kto, na dodatek, nie może się czuć zbyt pewnie na skutek ostatnich gróźb Voldemorta — beztrosko zostawił sobie wykonanie osobistego polecenia Czarnego Pana na później, na ostatnie piętnaście minut (sklepy zamykają o osiemnastej, tak? a skąd pewność, że ktokolwiek będzie robił zakupy przed samym zamknięciem, na bór?!) i w dodatku dał się zagadać żonie. Nie, to tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne.
Skoro już tu jesteśmy, zostańmy w rodzinie. Bellatrix jak na razie pojawia się fragmentami, raz we wspomnieniu, raz jako zażarty wróg Daniela. Ukazujesz ją jako kobietę szaloną, absolutnie zafascynowaną Czarnym Panem i nie widzącą świata poza nim. Jak mawia moja mama — każda przesada to przesada; ja zaś prywatnie wystrzegam się wszystkich wartości skrajnych, a w kreacji Belli właśnie takie przyjmujesz. Ale nie kłócę się; jeśli ktoś ma zadatki na bohatera skrajnego, to właśnie Bellatriks. Ale sądzę, że wypadałoby trochę to uprawdopodobnić. Bo jak na razie to jest ta sama sytuacja, za którą krytykowałam przy Danielu — mówisz, że Bellatriks jest szalona i ogarnięta namiętnością do Czarnego Pana; mówisz, nie unaoczniasz.
Jasny promyczek wśród tej gromady to młody Avery — być może dlatego, że niewiele o nim napisano i okryty jest tajemnicą. Ale to działa na jego korzyść. Monroe to Ślizgon z krwi i kości, co widać zwłaszcza w zestawieniu z Danielem — rozsądny, uważny, opanowany; wie, co ma robić, i robi to. A co najlepsze — nie ma w tym żadnej przesady. Monroe, przy całym swoim śmierciożerstwie, jest normalny — ani nie pała miłością do Voldemorta, ani nie rozpacza nad zmarnowanym życiem.
Ostatnim śmierciojadem, który wystaje przed szereg, jest Snape. Tego pana mamy sporo w prologu i pierwszej części, potem nam znika. Widzimy go przede wszystkim jako młodego mężczyznę, złamanego przez nieodwzajemnioną miłość do szlamy, co jest, zdaje się, tajemnicą poliszynela. Niezbyt to miłe w zestawieniu z imieniem Severusa, ale, o dziwo, wychodzi dość realistycznie. Przynajmniej w obliczu siódmego tomu. A że jednocześnie ukazujesz Snape’a jako wrednego, nieużytecznego typa, mającego swoje fobie — wszystko jest w porządku.
I tyle w kręgu Voldemorta.
Jeśli chodzi o Jasną Stronę, mamy przede wszystkim Dumbledore’a, ale stanowi on raczej postać epizodyczną. Jest oczywiście głową Hogwartu i największym wrogiem Mrocznego Pana — i w zasadzie tyle.
Bardziej skupiasz się na Potterach, choć ich także określasz tylko kilkoma cechami czy zachowaniami. Lily jest dosyć typowa — ot, ta sama Evans, która przyjaźni się ze Snape’em, nie dostrzegając jego uczuć, i ignoruje Pottera, bo widzi je aż zbyt wyraźnie; a potem jednak stwierdza, że James jest miłością jej życia. Dorosła Lily jest dobrą żoną i troskliwą matką, może trochę zbyt zaborczą, ale czego innego oczekiwać w tych czasach?; wciąż pamięta o dawnej zażyłości z Severusem i chyba nie chce zapomnieć. Zdziwiło mnie natomiast to, co dodałaś kanonicznemu Jamesowi: tę samą pamięć o Snapie, która jednak sprawia, że Potter nie do końca jest szczęśliwy. To bardzo ładny motyw, ale myślę, że trochę przesadziłaś w kwestii wspominania Hogwartu. Myślę, że James przeżył tam wiele wspaniałych chwil — miał przyjaciół, grał w quidditcha i wszyscy go uwielbiali — i nie cierpiałby na wspomnienie szkoły tylko dlatego, że Lily przyjaźniła się wtedy z Severusem. To nie ten typ. Zresztą, ostatecznie to on zatriumfował nad wrogiem, jeszcze w Hogwarcie, więc tym bardziej to miejsce nie powinno być mu tak niemiłe.
Huncwoci, Moody i Longbottomowie pojawiają się w drobnych fragmentach i zwykle po prostu pokrywają się z tym, co wiemy o nich z kanonu i fanonu. To dobrze — ale też nie wprowadzają oni nic nowego.
Wypadałoby jeszcze wspomnieć o częściej pojawiających się postaciach z Hogwartu. Najwięcej miejsca poświęcono, rzecz jasna, Katherine — ostatecznie miała dla siebie całą część. Ale ta kreacja nie wyszła ci zbyt dobrze, Lori. Przede wszystkim Katherine, jak już wspominałam, wpisuje się w pewien typ — ofiary, która nie boi się mordercy; i znów: nie wychodzi spoza tego typu. Nie ma raczej możliwości ujawnić się jako indywidualny charakter, bo przecież od momentu pojawienia się do śmierci wie, że umrze, więc trudno, by skupiała się na czymś innym. Ale zabrakło mi jakiegoś szczegółu, czegoś tylko jej — odważenie się na stosunkowo swobodną rozmowę z Danielem to jeszcze nie to. A jeśli chodzi o jej rolę ofiary — Katherine jest nieprawdopodobna, głównie za sprawą zbyt sztucznych wypowiedzi. Wypada bardzo patetycznie, co można by właściwie wybaczyć, ale — tylko przy ładniejszej oprawie tego patosu.
W Hogwarcie króluje Seward Yaxley, Ślizgon, który, najwyraźniej, zajmuje się rekrutacją nowych w szeregi Czarnego Pana. Dlaczego — pojęcia nie mam, bo wygląda na dość głupiego i, podobnie jak Daniel, zupełnie nieostrożnego. Wspomaga go Americana, kuzynka Daniela — dziewczę wyraziste, prześmiewcze i dość rozsądne, ale zapewne nie w kwestii śmierciożerstwa; o ile, rzecz jasna, można to wywnioskować na podstawie jednej sceny i listu. A propos listu — niepokoi mnie jedna sprawa; nie sądzę, by jakikolwiek podrzędny śmierciożerca wiedział, że Pettigrew jest podwójnym agentem (wiemy z kanonu, że Voldemort w ogóle unikał zdradzania tożsamości swoich podwładnych nawet im samym, a co dopiero człowieka, który był jego kartą przetargową — wystarczy spojrzeć, jak w czwartym tomie kryje nazwisko Barty’ego Croucha), a co dopiero jeszcze niewtajemniczona uczennica Hogwartu — przecież to absolutnie niebezpieczne; a gdyby ta uczennica pisała o tym ot tak w liście do kuzyna, to po pierwsze — Drops doskonale by wiedział o szpiegostwie Glizdogona, a po drugie — Voldemort by dopilnował, by dziewczyna więcej już nic nie napisała.
W ostatniej opublikowanej części pojawia się jeszcze jedna osoba, która — zdaje się — będzie miała jakąś większą rolę do odegrania: Elizabeth Padmore, Krukonka i koleżanka Katherine. Elizabeth jest osobą pozornie świadomą zagrożenia i podejmuje decyzję o poparciu Voldemorta w nadziei na uratowanie siebie. Dobry motyw, gdyby w niego wnieść trochę filozofii — ale jeszcze zobaczymy, co z tego wyniknie; podobnie jak z samej Elizabeth.
(A tak na marginesie: „A przecież od zawsze było wiadomo, że Krukoni bywali pod tym względem... nieprzeciętni” — bardzo ładna aluzja; o ile, rzecz jasna, to faktycznie aluzja.)
Cóż rzecz — mało przykładasz się do bohaterów drugiego planu; występują, bo muszą, natomiast jeśli chodzi o charakter, to niewielu coś takiego posiada. Można by to od biedy przyjąć, gdyby faktycznie stanowili tylko drugi plan i tło; ale Potterowie, Lucjusz i Elizabeth zyskują własną perspektywę, prywatny wątek — muszą więc być bardziej wyraziści.
Twoja pięta achillesowa — do której wrócę przy stylu — to dialogi. Twoi bohaterowie mówią bardzo sztucznie i przez to sami wydają się nieprawdziwi. Oczywiście, postać literacka z założenia jest nieprawdziwa — ale o to właściwe chodzi, by czytelnikowi wydawała się rzeczywista. Twoim postaciom tego brakuje. Czytając, nijak nie można zapomnieć, że to tylko słowa na ekranie monitora. Musisz, po pierwsze, popracować nad słownictwem, urzeczywistnić je — język mówiony zdecydowanie różni się od pisanego, mało kto mówi poprawnie, a cóż dopiero literacko. A po drugie, kiedy już opanujesz język mówiony, musisz go różnicować przy różnych postaciach — inaczej będzie mówił Voldemort, pan i władca, inaczej Lucjusz, arystokrata, inaczej Daniel, młody fanatyk, inaczej Dumbledore do zgromadzonych dzieci, inaczej siedemnastoletni Ślizgon. I o ile czasami udaje ci się to oddzielić (Elizabeth, na przykład, starasz się oddać tym dialogiem — waha się, myli, poprawia), o tyle te wypowiedzi nadal są nienaturalne.
Dialog to taki środek, za pomocą którego ukazujesz bohatera — właściwie chcąc nie chcąc. Bo możesz stworzyć dobrą, wielowymiarową postać, ale jeśli nie umiesz sprawnie posłużyć się dialogiem — to będzie jej czegoś brakowało i to natychmiast wyjdzie na jaw, bo przecież bohater musi mówić. Dlatego musisz ten dialog opanować, przynajmniej na tyle, by stał się niezauważalny. Temat kontynuuję przy stylu.
8/15p.


6. Świat przedstawiony
Akcja toczy się w roku 1980, czyli na kilkanaście miesięcy przed upadkiem Czarnego Pana; w Anglii — mamy Londyn, Hogsmeade, Hogwart i — być może — kilka innych, bliżej nieokreślonych miejsc. W tej kwestii jesteśmy całkiem nieźle poinformowani.
Świat przedstawiony funkcjonuje i jest stosunkowo namacalny: wiemy, w jakiej przestrzeni znajdują się bohaterowie i co ich otacza. Opis ma się nieźle; wiesz, do czego służy, i potrafisz ukazać czytelnikowi obszar, w którym bohater się porusza.
Gorzej jest, niestety, z obyczajowością i tekst poważnie na tym cierpi. Jeśli spojrzeć na daty, są to lata, gdy Voldemort był u szczytu potęgi, miał niemal wszystko — tymczasem w ogóle tego nie czuć. Czarny Pan zachowuje się, jakby wpadł w jakąś potężną monotonię i szedł wyznaczonym torem — zaginięcia, porwania, zabójstwa niewiernych, ataki na dużą grupę ludzi. A gdzie jakiś Wielki Plan, określony cel, do którego by dążył? Gdzie jego władza? W siódmym tomie zdobywa ministerstwo i Hogwart, dwie najważniejsze instytucje magiczne są u jego stóp; nie twierdzę, że wcześniej musiał mieć to samo, ale wydaje się, że przynajmniej powinien do tego dążyć. Tymczasem Voldemort o nic nie zabiega, w nosie ma rządzenie światem i nawet, zdaje się, nieśmiertelność — spokojnie każe zabijać kolejne osoby, których nazwiska znamy z kanonu — i tyle. To poważny błąd z twojej strony, Lori.
A ma on jeszcze swoją drugą stronę — tych potencjalnych ofiar. Zatrzymujesz się przy postaciach takich jak Drops, Potterowie i inni członkowie Zakonu Feniksa, więc ta sytuacja powinna być ukazana także z ich perspektywy. I jest, ale tylko na zasadzie „Uwaga, Voldemort morduje, mogę być następny”. A gdzie atmosfera grozy i tajemniczości, gdzie brak zaufania, gdzie lęk przed każdym nieznajomym, gdzie obawa o życie, niepewność jutra? Nigdzie. Jeśli występuje, to w minimalnych ilościach.
Zabrakło mi tej katastroficznej wizji świata, a przecież to takie specyficzne czasy, jest tyle możliwości. Przecież — to właśnie o realiach tych czasów chciałaś napisać. I nie napisałaś.
Kolejna sprawa to krąg śmierciożerców, w którym się obracasz. Ta zależność Voldemort-śmierciożercy, cały system, to nie otwarta furtka, ale olbrzymia brama… z której niemal nie korzystasz. Jestem pewna, że wiesz, co mam na myśli; wymyślono już mnóstwo rzeczy na ten temat, wewnętrzne kręgi, Straszne Dwory i tym podobne. Tymczasem ty tylko od przypadku do przypadku wspomnisz o pewnych regułach, niepisanych zasadach i mentalności śmierciożerców — podczas gdy mogłabyś stworzyć pełny obraz sytuacji. Dobrze zaczęłaś z Goyle’em i w kilku innych fragmentach poświęconych śmierciożercom, którzy wiedzą już, że są przegrani — rozwiń to. I, na bór, nie rób tego, co tylu przed tobą, nie ograniczaj — śmierciożercy na pewno nie dzieli się na miłośników lorda i tych, którzy nie mogli się już wycofać, musiały być jeszcze inne grupy — ci, którzy popierali samą ideę, ci, którzy lubili przemoc, ci, którzy wykorzystali sytuację, by zyskać pieniądze lub stołek w ministerstwie, ci, którzy się bali, ci, których zmusiła rodzina, ci, którzy sami nie wiedzą, jak to się stało i oszaleli ze strachu. Opisz to. Bo o ile, faktycznie, Daniel może w swoim zaślepieniu nie zauważać tych rzeczy — o tyle przecież jego perspektywa nie jest jedyną.
Kolejna sprawa: nie zapominaj o ministerstwie. Mało kto ma tego świadomość, ale Voldemort to przede wszystkim ministerialna sprawa. W końcu jest przestępcą i prowadzi własną politykę, chce obalić władzę i zmienić system; a ponadto realnie zagraża bezpieczeństwu czarodziejów. Kto ma obronić społeczność? Nauczyciele Hogwartu? — szkoła zatrudnia, kogo musi, co widać choćby po nauczycielach obrony przed czarną magią, profesorowie nie przechodzą żadnych specjalnych szkoleń; Zakon? — oficjalnie nie istnieje; każdy siebie? — przecież tak rodzi się anarchia! Nie, nie i nie — ministerstwo, li i wyłącznie ministerstwo. I ja wiem, że ministerstwo nic nie może, ale wersja oficjalna jest zawsze inna od faktycznej; a oficjalnie ministerstwo musi robić cokolwiek, bo to jego zakichany interes. A jeśli ministerstwo jest skorumpowane i faktycznie już podlega Voldemortowi (jak w siódmym tomie), to napisz o tym, Lori.
I jeszcze, odchodząc już od tego: więcej magii. To bardzo częsta przypadłość przy potterowskich fanfikach: brakuje magii. Nie tylko machania różdżkami, kominkowej komunikacji i przesiadywania w Hogsmeade, bo to nie wszystko. Czarodzieje na co dzień żyją magią, bez różnych rzeczy, którymi posługują się mugole. I to trzeba zaznaczyć. Popatrz tylko na fragmenty Pottera z Nory — zero mugolstwa, maksimum magii; wszystkie sprzęty domowe, wszystkie czynności, powiedzonka — to czysta magia. I chociaż wiadomo, że taki Daniel, który nie mieszka z magiczną rodziną, nie będzie miał tego wszystkiego, to magia powinna sprawiać wrażenie wszechobecnej. Zwłaszcza gdy piszesz o ludziach, którzy tak nienawidzą mugoli.

Podejrzewam, że powinnam też — dla dobra twojego pisania — odnieść się do scen przemocy, ale obawiam, że zabrzmi to kiepsko; ale co zrobić, przebrnijmy przez to. Otóż — z góry zastrzegam, nie jestem zwolennikiem brutalnych scen w tekstach, wychodzę raczej z założenia, że rzeczy tylko zasugerowane, a niedopowiedziane, robią znacznie większe wrażenie — ale: jeśli już coś opisujesz, to musisz się zdobyć na pewną dokładność, drobiazgowość. Dlatego że gdy piszesz tak lakonicznie o torturach, wydają się one sztuczne, nieprawdziwe, wręcz mało ważne, a co najważniejsze, nie poruszają czytelnika; a więc mamy efekt przeciwny do zamierzonego.
Uściślijmy: posypywanie ran rolą, obrywanie płatów skóry na żywej osobie, przebijanie płuc i ściskanie organów nie robi dużego wrażenia; to tylko rzeczy odznaczone na liście, przy dodatku wrzasków bólu. Jeśli to miałoby mieć pozory realności, musiałabyś oddać czynność po czynności, szczegół po szczególe, co — cokolwiek by nie mówili naturaliści i krytycy konwencji estetyzującej — byłoby obrzydliwe. A ponieważ ja nie tylko nie chciałabym, żebyś pisała równie wstrętne rzeczy, ale wręcz nie chcę, być wiedziała, jak mogą wyglądać takie tortury — radziłabym z nich zrezygnować. Moja propozycja jest następująca: graj czytelnikowi na wyobraźni — przerywaj w punkcie kulminacyjnym, a w następnej części niech ktoś wspomni o potwornym widoku ciała (jak to na przykład zrobiłaś przy Camilli); lub zrób z Daniela kolekcjonera — niech w myślach (lub głośno, w towarzystwie, to do niego podobne) wymienia, jaką innowację zastosował u ostatniej ofiary, a pomijaj tym samym stały skład tortur. Innego wyjścia nie widzę — tortury ogólnikowe brzmią nierealistycznie; szczegółowe są niesmaczne.
8/15p.


7. Styl
Pierwsza rzecz to specyficzna narracja — z ujawniającym się narratorem — dla mnie bardzo, bardzo męcząca, ale trzymasz się jej konsekwentnie, więc nie namawiam do zmiany. Chociaż powiem ci, że te wtrącenia narratora i jego komentarze, gdy tkwisz po uszy w trzecioosobówce, psują cały efekt. Są takie fragmenty, gdy snujesz historię i widać tylko ją, jest Peter Pettigrew, którego źli Ślizgoni straszą, po którym spływa pot i który gotów zrobić jest wszystko, byle tylko odeszli, mam to przed oczami i — trach!; wyskakuje mi z kąta narracyjne „ja”, które mówi „W sumie nie ma się co dziwić. Ja też bym się bała. A ty nie?” i cała opowieść znów jest tylko sumą słów wychodzących spod czyjejś klawiatury. Niemniej to równie dobrze może być moje prywatne odczucie.
Myślę też — i to już rzecz bardziej obiektywna — że powinnaś unikać oceny bohaterów. Coś takiego owszem, funkcjonuje w literaturze i nie jest błędem; ale literatura współczesna raczej nie lubi narratora, który ma zbyt wiele subiektywnych opinii na temat bohatera. Współczesny czytelnik woli raczej patrzeć na bohatera i samodzielnie stwierdzić, czy jego postępowanie tudzież rozmyślania mu się podobają.
No dobrze. Przejdźmy może do ogółu.
Styl masz nie najgorszy, nieźle posługujesz się słowem; ale to wciąż nie jest poziom, gdy tekst jest czytany dla samego stylu. Jak na razie to, jak piszesz, ma znaczenie drugorzędne, ważniejsze są treści, podczas gdy przy stylu naprawdę dobrym to historia jest mniej ważna niż sposób jej przedstawienia. Ale to nic nieosiągalnego; myślę, że wszystko jeszcze przed tobą.
Słownictwo masz niezłe, choć jeszcze nie rozwijające. Potrafisz tworzyć ładne kompozycje zdaniowe, ale z tym opisem to jest taka śmieszna sprawa. Dobrze radzisz sobie z przestrzeniami i dygresjami, różnego rodzaju wtrąceniami do historii; to się naprawdę dobrze czyta. Gorzej jest przy przedstawieniu sytuacji — idziesz zbyt szybko do siebie, byle skończyć; nie bawisz się słowem, zapominasz, że można przeplatać opis czynności bohatera z elementami charakteryzującymi jego czy otoczenie. Przez to niektóre sytuacje — na przykład scena w domu McGranhów — wyglądają na nienaturalne i mało ważne. Więcej drobiazgowości; dbaj o szczegóły. Nie musisz opisywać każdej wydzierganej serwetki w saloniku państwa McGranhów, ale możesz napisać wazonik, który potrącił przy wchodzeniu Daniel, a który Monroe — rzucając mordercze spojrzenia — złapał w locie. Nie spiesz się.
Na osobną uwagę zasługuje fragment z czwartego podrozdziału drugiej części, opis samego ataku na pociąg — zapewne wiesz, który mam na myśli, bo jest bardzo charakterystyczny. To jest właśnie to, co mam na myśli, mówiąc o zabawie słowem; i jeśli chodzi o styl, to najlepszy fragment w całym tekście, chociaż wiadomo, że w ten sposób — chaotycznie, aluzyjnie, szarpiąc tekst — nie można napisać całego opowiadania. Efekt psuje momentami dosłowność — powinnaś zupełnie zrezygnować z nazwisk, a akapit z Carrowem rozpisać tak jak ten z Moodym, przez omówienie. Niemniej to kawałek naprawdę dobrej prozy — ładnie posłużyłaś się aluzją, metaforą, kolorami, świetnie dobrałaś słownictwo; i nie przekroczyłaś granicy absurdu, to nie czysta forma, jest w tym zawarta treść.
No dobrze; teraz dialog.
Dialogi zasadniczo dzielą się na trzy grupy — i jest to mój podział, nic oficjalnego — dialog bardzo dobry, dialog średni i dialog słaby. Dialog bardzo dobry sprawia, że bohaterowie żyją, a my z nimi; bawią nas lub wzruszają, w zależności od intencji autora, płyniemy ze słowami. Dialog średni przechodzi niezauważony, pełni głównie funkcję informującą — bo o pewnych rzeczach mogą nam powiedzieć tylko bohaterowie — ale raczej nie widzimy w nim walorów estetycznych. Po prostu jest czytany — i idziemy dalej. Dialog słaby natomiast zostanie zauważony, ale z innych powodów niż dobry — dlatego że nie można przez niego przejść i pójść dalej, bo nam zgrzyta, a taki zgrzyt to jak niespodziewany dół pod kołami samochodu. Przyczyny mogą być różne — nieodpowiednie lub zwyczajnie nieładne słownictwo, zawirowania językowe, nadmierna surowość lub emocjonalność wypowiedzi. I twoje dialogi, niestety, w większości należą do słabych. Bo brzmią sztucznie. Bohaterowie wypowiadają kwestie, jakby recytowali rzeczy wyuczone na pamięć — słowa, które wypowiadają, zwyczajnie nie pasują do sytuacji, są zbyt nadęte, patetyczne (Katherine-Daniel), przesadzone (ojciec i matka Daniela — miałaś dobrą koncepcję, jeśli chodzi o różnicowanie języka bohaterów, ale posunęłaś się nieco za daleko, nawet jeśli chodziło o ukazanie teatralności bohaterów) lub nienaturalnie niesforne (przyjacielskie zebranie Ślizgonów, raz w pociągu — dialogowa tragedia, raz u Avery’ego). Oczywiście nie twierdzę, że każdy dialog jest zły, bo nie — kilka rozmów Daniela z Monroe’em to poziom średni lub ciut wyższy; ale poziom średni powinien być normą, a ty powinnaś piąć się wyżej.
Z rzeczy ważnych to tyle; ale chciałabym jeszcze zatrzymać się przy kilku drobiazgach, które wpadły mi w oko przy lekturze. A więc:
a) „Jeszcze wygodniej oparła się o ścianę, kładąc nogi na długowłosym chłopaku” — tego typu wyrażenia uznawane są za błędne i wprowadzają niepotrzebne zamieszanie; przecież nie położyła tych nóg na jego głowie — włosach — więc po cóż o nich wspominać w tym akurat momencie?;
b) „Równie ciemne oczy, bladoróżowe usta i ciało, którego wiele osób mogłoby mu zazdrościć sprawiało, że Andrew zajął miejsce, które miało później należeć do Syriusza Blacka - miejsce podrywacza numer jeden w Hogwarcie” — zła koncepcja; nie możesz wprowadzać tego rodzaju stwierdzeń w momencie, kiedy dla Potencjalnego Czytelnika nazwisko Syriusza Blacka nic nie znaczy; bo my niby go znamy z kanonu, niby w fanonie funkcjonuje jako super ciacho, ale twój tekst musi funkcjonować samodzielnie, tak jakby kanonu, fanonu i całej reszty oczywistości nie było; co innego gdybyś napisała, że miejsce Andrew — jako naczelnego podrywacza — miał zająć dopiero Syriusz Black — wtedy sprawia on pozory postaci nowej, wprowadzonej tylko w tym kontekście, poza tym, że wszyscy oczywiście wiemy, kim jest Łapa; trochę zakręciłam, więc spróbuję to powiedzieć ogólniej: nie możesz określać Andrew, swojej postaci, która jednak już zaistniała, poprzez postać, której jeszcze w tekście nie ma, możesz natomiast definiować Syriusza — jakiegoś przypadkowego, nowego bohatera — poprzez Andrew, którego dobrze nie znamy, ale który przynajmniej już się pojawił; to samo tutaj: „Jest jedynym rozwiązaniem — mówił, a w jego głosie można było wyczuć pasję, zupełnie jak wtedy, gdy Potter chwalił się przed rudą szlamą swoimi zdolnościami” — nazwisko Potter jeszcze nic nam nie mówi, więc to porównanie pozornie jest bez sensu, chociaż w praktyce wszyscy wiemy, o co chodzi;
c) kolejność słów ma czasami znaczenie; ot, tu: „Mugolka nazywała się chyba Klara i chyba miała dziewiętnaście lat” — „miała chyba dziewiętnaście lat” brzmiałoby lepiej, bo mieć — to miała na pewno; „chyba” dotyczy tego, ile lat miała, a nie — że w ogóle miała;
d) zbyt często uciekasz się do „tego nie da się opisać”, „było nie do opisania”; otóż — owszem, są rzeczy, które nie sposób opisać, ale na tym właśnie polega zadanie pisarza, by oddać je słowem; jeśli nie prawdziwie, to przynajmniej ładnie, jakkolwiek brzydko to brzmi; pisarz musi opisywać; zgoda, dla podkreślenia wagi pewnych rzeczy można je pozostawić nieokreślonymi — ale ten sam manewr nie przejdzie dwa razy; jeśli zbyt często będziesz się uciekać do takich środków, to pojawi się wrażenie powtarzalności; to, co niby ważne i wyjątkowe, stanie się nudne, takie same;
e) „Mimo że obecni tutaj wszyscy byli czarodziejami z krwi – przede wszystkim z krwi – i kości, i że wszyscy doskonale wiedzieli, kim był niejaki Merlin, nie pochwalali jednego z jego wynalazków. W miejscu, w którym się znajdowali, nigdy nie miał się pojawić okrągły stół jako symbol spotkania, gdzie wszyscy są sobie równi i starają się w zgodzie rozwiązać powstałe spory” — zbyt długie omówienie; aluzja dla jednych będzie czytelna, a dla innych nie, z tym nic nie zrobisz, ale nie możesz jej tłumaczyć w tekście; powinnaś urwać po „nigdy nie miał się pojawić okrągły stół” — i podejrzewam, że każdy by zrozumiał, o co chodzi, a jeśli mimo to obawiasz się, że nie — to lepiej zastosować odnośnik pod tekstem, niż utracić jego płynność.
I to wszystko, co obecnie przychodzi mi do głowy. Twój styl ma się nieźle, tekst da się czytać — czasami nawet można go czytać z przyjemnością. Musisz koniecznie popracować nad dialogiem i zwracać większą uwagę na szczegóły; a resztę zrobi czas i doświadczenie.
7/12p.


8. Wrażenia końcowe
Przyznam, że zaczęłam ocenę od tej rubryczki, żeby mi to wrażenie po przeczytaniu tekstu nie uciekło. Toteż najpierw przytoczę to, co napisałam zaraz po skończeniu lektury — a potem dodam jeszcze kilka słów. Otóż:
Podoba mi się koncepcja Turn the page, bardzo mi się podoba. Skupienie się na atmosferach, obyczajowości, drobiazgach tworzących kompletny obraz pewnej całości, epoki w dziejach społeczeństwa, zamiast na mniej czy bardziej banalnej historii jednostki — to jest to, co ja bardzo lubię. Kłopot w tym, że chyba nie da się zrobić z tła głównego bohatera; po prostu tło ma to do siebie, że — aby mieć szanse być tłem potężnym, robiącym wrażenie — musi pozostać w swej roli, a nie przejmować charakter pierwszej postaci. Myślę, że sama doskonale o tym wiesz, w końcu zdecydowałaś się na istnienie konkretnego bohatera, Daniela. Tylko że nie wyszło. Zamiast losów postaci, na której przykładzie widzielibyśmy, jak w danym czasie, okolicznościach wyglądał świat, mamy niepełny świat i niepełnego bohatera. Skaczesz od wydarzenia do wydarzenia, brak w tym ciągłości i — niestety, niestały — jakiejś całości, jakiejś historii, jakiejś stałej. Po prostu — nie mam pojęcia, do czego dążysz ani jak ten cel chcesz osiągnąć. Samozagłada bohatera, wielki upadek? — bo przecież wiemy, jak się kończy panowanie Lorda, na chwile i na zawsze — może to i byłoby ładne, może i właśnie fragmentowanie losów Daniela, utajemniczenie ich, dobrze się w tym sprawdzi. Ale ja nie lubię tego rodzaju formy, ja wolę mieć pełny obraz, choćby z otwartą kompozycją, ale pełny. A że to kategoria, w której wyrażam swoje nie do końca uzasadnione, subiektywne osądy, uznaję, że ma prawo mi się nie podobać.
W momencie, gdy chcemy skupić się na świecie, najlepiej chyba jednak nie obsadzać głównego bohatera, ale skakać od postaci do postaci, nigdy zbyt długo nie tkwić z jednej podświadomości, zmieniać światopoglądy. Podjęłaś próbę czegoś takiego i jeszcze cię za to zganiłam — racja. Dlatego że trzeba się zdecydować. Albo dominacja jednej osoby — Daniela — albo raz Drops, raz Potterowie, raz Lucjusz, raz Voldemort. A w tym wszystkim nadal trzeba mieć jakąś koncepcję całości, mieć jakąś historię — wątki, nie obyczajowość — do opowiedzenia. Pozory, Lori; powieść musi mieć pozory powieści. Musisz prowadzić opowieść, nawet gdy chodzi o kolor płaszcza mordercy, a nie ofiarę. Inaczej nie utrzymasz uwagi Potencjalnego Czytelnika. Niby przeczy temu entuzjazm, z jakim przyjmuje się Turn the page, ale — uwaga, zaraz kogoś obrażę — mam bajecznie silnie przekonanie, że spory procent ludzi zachwyconych tym tekstem poleciała, brzydko mówiąc, na te tortury, na te przekleństwa, na te rzekomo wstrętne i złe rzeczy, które serwujesz i którymi — świadomie czy nie? — się reklamujesz. A ja już spotkałam w literaturze brutalność, amoralne postawy, katastroficzne wizje; nie porusza mnie to. A gdy je sobie odejmę — bo to przecież tylko dodatek zaserwowany dla lepszego ukazania realiów, a nie rzecz nadrzędna — to cóż zajmującego mi pozostaje?
I to był mój komentarz, na którym być może powinnam zakończyć. Ale: w procesie oceniania te moje wrażenie nieco uległo zmianie, choć nie w kwestii samego Turn the page. Historia nadal mnie nie bawi; nie bawią mnie wydarzenia ani bohaterowie — są mi po prostu obojętni i jeśli chodzi o mój punkt widzenia jako czytelnika, to podejrzewam, że więcej bym do nich nie wróciła; ot, nie mój styl. Natomiast gdy już wgryzłam się w szczegóły, bardzo dobrze pracowało mi się z tym tekstem, rozkładało go na czynniki, zaglądało do środka i opisywało. Ba, już bardzo dawno temu tak świetnie mi się nie oceniało. I te wrażenia — związane z procesem oceniania — umieszczają Turn the page w mojej pamięci o oczko wyżej.
3/6p.



Błędy — 21/30p.


1. Logiczne i rzeczowe, kanoniczność
Zacznę od mowy Tiary przydziału skierowanej do Daniela, bo jest niekanoniczna, nielogiczna, niemądra i na dokładkę okrutna. Niekanoniczna, ponieważ Tiara nigdy nie bawiła się w takie ogólne dygresje — o nich mogła śpiewać przy rozpoczęciu uroczystości, natomiast kiedy nasadzono ją na głowę ucznia, mówiła do niego i o nim. I wydaje mi się bardzo głupim posunięciem wprowadzenie tej jej mowy — owszem, ona dużo mówi o Danielu, ale Daniel w tym momencie jest dzieckiem — Tiara nie powinna go tak ostro oceniać i rugać za błędy innych ludzi, może niezupełnie związanych z nim; a po drugie — jako dziecko nie był jeszcze ukształtowany. Mógł mieć pewne predyspozycje (do umieszczenia go w Slytherinie, na przykład), ale nie powiedziałabym już wtedy, że jest/będzie na pewno śmierciożercą; i traktowanie go tak przez Tiarę jest niepoważne i właśnie okrutne, choć może to zbyt mocne słowo.
„[…] miały swoje miejsce na szafce pod oknem. Ciemne zasłony kryły Avery'ego przed spojrzeniami wścibskich sąsiadów, którzy zawsze dziwili się brakiem telewizora w pokoju” — znów przesada; przez okno można co najwyżej dostrzec fragment pokoju, część umeblowania, ale nie — z całą pewnością stwierdzić, że w mieszkaniu (całym!) nie ma telewizora; a wątpię, by ktoś taki jak Avery wpuszczał do środka i oprowadzał mugoli.
„W skutek owych wydarzeń, owego dnia, 1 września 1980 roku, Poppy Pomfrey, Alastor Moody oraz Frank i Alicja Longbottomowie, zamiast nasycić się pyszną kolacją przygotowaną przez skrzaty domowe, spędzili miły wieczór w skrzydle szpitalnym. Za towarzystwo mieli kilkanaście buteleczek różnorakich płynów (w których zawartości połapałby się chyba tylko Severus Snape),” — jeśli nie połapałby się w ich zawartości nikt poza Snape’em, to marnie widzę los rannych uczniów…
„Każdy z nich wiedział, że tylko jeden z nich jest najważniejszy, że jeden jest panem, któremu wszyscy podlegają – zaś nieliczni mogli wierzyć w to, że Lord Voldemort traktuje ich jak swoich przyjaciół, potrzebnych mu nie do zrealizowania planu, a po to, by mógł żyć” — wątpię, by byli tak nieliczni; i, jak już mówiłam, zbyt ogólny ten podział.
6/10p.


2. Gramatyczne
„Jutro, pierwszego września, miał pierwszy raz wsiąść do Hogwart’s Express” — w polskiej wersji językowej to powinien być chyba Hogwart Ekspres, a jeśli nawet pozostajesz przy oryginalnej nazwie, to powinno się ją odmieniać; a więc do Hogwart’s Expressu;
„Nie był tu od siedmiu lat; nie mógł znieść tego momentu, kiedy jego brat wyjeżdżał do szkoły, a on musiał machać mu na pożegnanie. Nienawidził tego momentu” — raz, powtórzenie, dość łatwe do wyeliminowania; a dwa — pierwsze zdanie brzmi trochę tak, jakby to była sytuacja powtarzalna, te wyjazdy i machania, podczas gdy Daniel tylko raz odprowadzał brata na pociąg, a więc jeśli nie mógł znieść tego momentu — to tylko powracającego w jego pamięci;
Nie wgłębiając się za bardzo w to, co robili; była dość wczesna godzina wieczorna, a Daniel wiedział, że zostało mu najwięcej piętnaście minut” — z konstrukcją zdań z imiesłowowym równoważnikiem rzecz się tak ma, że imiesłów musi dotyczyć podmiotu; tymczasem w drugim zdaniu składowym podmiotem jest godzina — godzina była, nie wgłębiając się w to za bardzo? ano, nie; od biedy można by powiedzieć, że Daniel, nie wgłębiając się w to, wiedział — ale i nie o to chodzi, bo, jak podejrzewam, miałaś na myśli narratora, siebie — ty, nie wgłębiając się w to, chcesz przejść do innych spraw; ale ty jako narrator w tekście się nie ujawniasz (nie w tym momencie), ujawnia się podmiot-godzina i podmiot-Daniel; i dlatego mamy błąd;
„ Pozornie szczęśliwy mężczyzna - miał dobry start, zaraz po skończeniu szkoły załapał się do pracy w Ministerstwa” — w Ministerstwie; albo nawet — w ministerstwie, bo to tylko określenie instytucji dużymi będzie tylko przy pełnej nazwie — Ministerstwo Magii; a przynajmniej tak mi się wydaje — nie jestem pewna, jak to wygląda w kanonie.
3/5p.


3. Ortograficzne
„[…]jaka była blada twarz Pettigrewa, kiedy wychodził na korytarz” — pewności nie mam, acz wydaje mi się, że nazwisko Pettigrew, ze względu na wymowę, powinno pozostać nieodmienione.
W kanonie śmierciożerców zapisuje się małymi literami — nie jest to żadna nazwa własna, od, określenie ugrupowania, jak listonosz, student czy hipis.
4/5p.


4. Interpunkcyjne
„Kiedy jesteś Śmierciożercą, jesteś też punktualny; taka umowa wiązana”;
„Kiedy jest się nastolatkiem, uważa się, że najlepsze […]”;
„Zdawała sobie sprawę z potęgi Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale dopiero, gdy na własnej skórze odczuła stratę, zrozumiała, że to już nie bitwa o przetrwanie, a walka na śmierć i życie”
Chyba oślepłam, ot co.
4/5p.


5. Leksykalne
Za grubą warstwą Tajemnicy ukrywał się Śmierciożerca” — pod;
„Zafarbowałaś włosy — powiedział” — zwykle mówi się „pofarbować włosy”, ale że mówiący jest mężczyzną, a ci, jak wiadomo, są w pewnych kwestiach nieuświadomieni, być może to błąd celowy;
„[…] mała szafka, w której Monroe trzymał dwie pary kubków, talerzy i sztućców” — zwykle nie mówi się o parach kubków czy talerzy, gdy jest ich więcej niż jedna — więc albo dwa, albo cztery, cóż tam miałaś na myśli.
2/3p.


6. Literówki
„Choć mógł śmiało wykonać ten gest, Śmierciożerca był za bardzo zajęty rozmyśleniami” — rozmyślaniami.
2/2p.




Punktów 111/160, czyli górne grosza warte. Nie jestem pewna, czy to odpowiednie miejsce dla Turn the page — bądź co bądź to dobry tekst, oparty na stosunkowo świeżym pomyśle i całkiem nieźle opracowany; myślę, że równie dobrze mógłby się znaleźć w biblioteczce — choć ma pewne braki, co można stwierdzić po samej długości oceny.
Porad mam niewiele; wszystko, o czym chciałam powiedzieć — powiedziałam. Pracuj nad stylem, Lori, nad postaciami i nad tłem. A przede wszystkim pisz, pisz, bo to jedyna metoda; tymczasem na blogu od niepokojąco długiego czasu nie pojawiła się aktualizacja. Byłoby przykro, gdyby takie opowiadanie utknęło w martwym punkcie — choćby ze względu na innowacje, które wprowadzasz.

I jeszcze jedno:
Czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością
myślą swą szukają szczęścia
które zwie się wolnością
*
— Strachy Na Lachy; polecam Wujka Google

Isamar



[komentarzy 3] skomentuj

Wyrazić opinię na temat oceny, serwisu lub oceniającego możesz na stronie zło konieczne.





Ocena 72.
11.11.2009r. o 23.00

Oceniam:
„Tysiące lat cywilizacji nie zdołały powstrzymać ludzkiej łzy.”

zlotawa-rybka





Wygląd — 21/30p.


1. Pierwsze wrażenie
Złotawa rybka i orientalizm? Przyznam, że związku nie widzę, ale jestem co najmniej zaintrygowana.
Tymczasem po wejściu na stronę wita mnie czerń i stosunkowo niewielka, jak na Onet, liczba reklam: ledwie dwie. W ramce widzę dyskretną grafikę, niżej całkiem sensownie skonstruowane menu. Członkostwo w Piórze Feniksa? Szkoda, że nie robi to na mnie wrażenia; acz button ładnie wpasowany w kolorystykę.
Z daty ostatniej notki wnioskuję, że jakiś drobny zastój tutaj. A, faktycznie, jest ogłoszenie. Atak myślowy, mówisz? Ano, bywa, bywa. Choć, o ile mi wiadomo, najwięcej impulsów do myślenia dostarcza działanie.
Tylko ta czcionka trochę makabryczna. Rozmiar i kolor niby dobry, ale chyba interlinia za mało. Podejrzewam, że po kilku akapitach będę miała dosyć.
7/10p.


2. Szablon
Właściwie powiedziałam o nim już wszystko. Kolorystyka ciemna, w tle czerń, czcionka w odcieniu szaroburym. Po lewej tekst, po prawej grafika przedstawiająca fragment twarzy, zapewne kobiecej, szczelnie okrytej chustami; pod nią menu. Całość prosta, może nawet toporna — ot, wszystko równiutko w rameczkach; ale przynajmniej jest czytelnie.
Ponad wszystkim kolejna ramka, z cytatem — o dziwo innym niż ten z nagłówka; „Zachłystujemy się życiem i nie zauważamy, jak przecieka nam między palcami”. Myślę, że dwa różne cytaty to kiepski pomysł, lepiej skupić się na konkretnym motcie. A „Tysiące lat…” brzmi lepiej, i pod względem poetyckości, i oryginalności.
W menu góruje „tło muzyczne”. Niżej widzę jakiś tajemniczy link podpisany „Powiązane z ZR” — nic mi to nie mówi, ale idźmy dalej. Kilka rozdziałów „docenionych przez Onet” — kiepska reklama, jak na mój gust, ale linki do rozdziałów nie ciągną się w nieskończoność, więc niech sobie będzie; odnośniki do dwóch podstron, z którymi rozprawię się za chwilę, podpis szablonu, subskrypcja i wspomniany button Piórem Feniksa. A w ramach archiwum — onetowa ramka ze spisem rozdziałów; przy obecnej liczbie na szczęście nie sprawia tak upiornego wrażenia jak przy pięćdziesięciu. I niech tak będzie.
9/15p.


3. Dodatki
Taak. Ponad standard mamy licznik, soundtrack, jak mi to ktoś ostatnio nazwał, subskrypcję, linki i dział o Autorce. Plus „Docenione przez Onet”. Nie sądzę, żebyśmy potrzebowali więcej.
5/5p.



Treść — 56/100p.


1. Działy dodatkowe
Jeden, poświęcony Autorce. Napisany dość sensownie, z poszanowaniem polskiej mowy, choć coś mi tam zgrzytnęło.
Przydałoby się jeszcze coś o opowiadaniu — powstaniu czy pomyśle — żeby Potencjalny Czytelnik wiedział, z czym się może spotkać na blogu, zanim zdecyduje się, czy wkracza w pierwszy rozdział, czy też naciska biały krzyżyk na czerwonym tle.
2/7p.


2. Pomysł
Kiedy młoda Ormianka mieszkająca w Stambule, Suri Kasachikyan, zostaje ukamienowana podczas protestu wobec tureckich władz, dotychczasowy konflikt między Turcją a Armenią nasila się. Dziadkowie dziewczyny — Armeńczycy — chcą ukarać winnych śmierci wnuczki; korzystając ze swoich wpływów, próbują doprowadzić do wypowiedzenia wojny. Jednocześnie Ameryka, by uciszyć zamieszki, zamierza wysłać do Turcji swoje wojska; wybór pada na kadetów słynnej szkoły podoficerskiej w Kolorado. Tymczasem w samym Stambule córka jednego z oprawców Suri próbuje pogodzić się z losem, jaki jest pisany każdej muzułmańskiej kobiecie.
Wschód jest obiektem zainteresowania polskiej literatury już od co najmniej dwóch wieków; a sam świat to jeszcze nie pomysł. Zaś wizja kobiety zniewolonej przez obyczaje, patrioty-buntownika czy dobrego chłopca na złej drodze — to nic nowego. Ale, bądź co bądź, orientalizm nie jest czymś, co nam zaserwuje co drugi Autor publikujący w Internecie. Toteż, bez zbędnego ględzenia:
10/10p.


3. Fabuła i akcja
Na fabułę zasadniczo składają się trzy wątki: rodziny Suri, Matta oraz Aiszy. Dominuje, przynajmniej jeśli chodzi o perspektywę, ta ostatnia, choć za wiele w jej życiu się nie dzieje — nie bez przyczyn, zresztą. Ale od niej pozwolę sobie zacząć.
Życie Aiszy śledzimy od czasu, gdy dziewczyna ma mniej-więcej dziewiętnaście lat. Akcję właściwą poprzedzają dwie dość znaczące sceny z jej dzieciństwa, za sprawą których ukazano, jak zmieniła się na przestrzeni lat; dość nieudolnie, niestety — oddanie skrajnych zmian w psychice czy temperamencie bohatera wymaga jednak trochę więcej zachodu. W akcji właściwej poznajemy przede wszystkim styl życia Aiszy, które upływa dość monotonnie. Pierwszym, co wytrąca ją z rutyny, jest obserwowana przez tłumy śmierć Suri Kasachikyan, inicjująca pewne rozruchy w społeczeństwie. Ojciec Aiszy, Kamel Khanafer, jest jednym z czołowych działaczy ugrupowania zwalczającego Ormianów w Stambule, co niejako odbija się na całej rodzinie. Później zaś dzieje się coś, co ma większe znaczenie w prywatnym życiu dziewczyny: jej nieznany narzeczony przysyła list zapowiadający wizytę. Aisza, marząca o czymś więcej niż przejście z pozycji niewolnicy ojca do niewolnicy męża, tym dotkliwiej uświadamia sobie, że wkrótce życie stanie się jeszcze bardziej nieznośne.
Matthew Hernandeza poznajemy w momencie, gdy jest złym chłopcem z tajemnicą. Wiadomo, że kiedyś radził sobie całkiem nieźle w szkole podoficerskiej, do której uczęszcza; obecnie jednak preferuje nocne wycieczki do klubów i wiadome rozrywki. Wraz z kolejnymi rozdziałami dowiadujemy się, że główną przyczyną tej zmiany jest śmierć podziwianego przez Matta ojca; po jego stracie chłopak odcina się od rodziny i nie chce już iść w ślady rodziciela. Sytuacja nieco zmienia się, gdy zostaje przyłapany na opuszczaniu terenu szkoły, zawieszony i wysłany do domu. Znajome otoczenie i spotkanie z rodziną, że chłopak wraca do siebie; przestaje się obwiniać za śmierć ojca i wraca na właściwą ścieżkę, że tak to ujmę.
Koncepcja mało oryginalna, ale nie najgorsza. Słabo natomiast ma się wykonanie. Rodzina Matta jest potraktowana po macoszemu, trochę sztucznie wypadło też dopowiedzenie tego, co się stało z panem Hernandezem. Myślę, że niepotrzebnie robiłaś z tego tajemnicę, bo w ostatecznym rozrachunku nie do końca wiadomo, jak to wyglądała. Poniósł bohaterską śmierć na misji — okej, to jest w porządku. Ratując inną osobę — zgoda, to ładnie z jego strony. Ale — przyjmując kulę, która nie była przeznaczona dla niego? A czy podczas akcji wojennej jakakolwiek kula jest przeznaczona dla konkretnej osoby? Nie do końca rozumiem, w jaki sposób ocalił pana Smortha. Wyskoczył przed niego, zasłaniając swoim ciałem? Ale jakim cudem zdążył — stał i gapił się na kolegów, żeby sprawdzić, który obrywa, zamiast strzelać? Bo przecież walczący po obu stronach nie stawali naprzeciwko siebie i nie ostrzeliwali się pojedynczo, żeby można to było jakoś przyobserwować. Pewnie, zdarza się, że ktoś obrywa za kogoś innego, ale chyba raczej przypadkiem. A wtedy trudno mówić o ratowaniu komuś życia.
I gdzie w tym wina Matta? Nawet niesłuszne obwinianie się musi mieć jakieś podstawy, a tutaj zwyczajnie nie widzę miejsca na jego choćby minimalne zawinienie.
Jeszcze jedna sprawa: dlaczego, na bór, młodszy brat Matta nie wie, jak zginął ich ojciec? To duży chłopak, a ojciec był przecież bohaterem, co tu ukrywać? Przecież i tak wie, że umarł, a szczegóły nie są bardzo drastyczne.
Kolejna rzecz to sam pan Smorth, który jest przełożonym Matta. Po pierwsze, niespecjalnie jakoś widać w ich rozmowach i stosunkach, by mieli jakieś prywatne sprawy i powiązania. A po drugie, to mało satysfakcjonująca jest rozmowa na jego temat Matta z matką. Dlaczego chłopak wyjaśnia jej, że Smorth z jego szkoły to ten Smorth? Matka powinna chyba znać kadrę w szkole syna. Może i nie utrzymują kontaktu, ale to przecież nie są tajne informacje.
Tymczasem istnieją plany wysłania jednej z drużyn na „misję”. Na czym dokładnie ma ona polegać — nie wiadomo. Z kontekstu można wywnioskować, że ma to związek z konfliktem ormiańsko-tureckim i że Ameryka opowie się po stronie Armeńczyków. Ale w jaki sposób — czy będzie powstrzymywać wybuch wojny, czy będzie mediatorem, czy też przeciwnie, wspomoże jedną ze stron — nie wiadomo. Trudno jednak traktować poważnie ten amerykański wymysł, skoro z misją wysyła się kadetów, a nie zawodowców. Niemniej w szkole trwa rywalizacja o ową misję, zaś drużyna „Maleim” — do której należy Matt — również ma na nią ochotę.
Trzecia droga fabularna dotyczy dziadków zabitej Suri: Samvel i Annie Kasachikyan. Ten wątek jest najmniej rozwinięty, ale też łączy dwa pozostałe. Otóż, zrozpaczony Samvel gotowy jest zrobić wszystko, by pomścić śmierć wnuczki. Wykorzystuje swoje wpływy i próbuje zmusić byłego prezydenta, a swojego wychowanka, Roberta Koczariana, by wypowiedział Turcji wojnę; ten jednak twierdzi, że nie ma już takiej władzy. Mimo to w niedługi czas później życzenie pana Kasachikyana spełnia się: obecny prezydent, Sarkisjan, również uznaje wojnę za najlepsze rozwiązanie. Jednocześnie Kasachikyanowie dostają list od swojej marnotrawnej córki, Sewin, która żałuje małżeństwa z Ihabem i wyjazdu do Turcji. Cóż z tego wyniknie — nie wiadomo.
I tak mniej więcej przedstawia się na razie sytuacja. Akcję prowadzisz równo i stosunkowo nieźle, tyle że na razie jest ona ledwo zainicjowana. Wiemy, o co chodzi, wiemy, czego się spodziewać, ale do żadnych istotnych wydarzeń jeszcze nie doszliśmy. I w tym cały kłopot.
Inna sprawa, że momentami, droga Autorko, wykazujesz bajeczną wprost ignorancję i brak troski o prawdopodobieństwo pewnych sytuacji. Jak wysłanie na wojnę młodych chłopców ze szkoły oficerskiej, uczniów jeszcze. Jak ukamienowanie młodej dziewczyny na środku ulicy, bez żadnych konsekwencji. Jak otwarte popieranie podobnych działań przez władze. Jak wypowiadanie wojny ot tak, bo umarła jedna dziewczyna, od dawna prosząca się o kłopoty. I oczywiście, każde z tych zdarzeń można jakoś w miarę rozsądnie uzasadnić. Kłopot w tym, że tego w opowiadaniu nie robisz.
Zabrakło też jakiegoś tła wątkowego, bo skupiając się na trzech powyższych, zupełnie ignorujesz wątki poboczne. Rozwinęłaś się nieco przy postaci Matta, ale głównie po to, by scharakteryzować bohatera, a nie dla rozwinięcia fabuły. Poza tym jedynym wątkiem pobocznym, jaki się przewinął przez tekst, to wątek Niny Hagen, jednakże i ona ledwie się pojawiła — i zaraz zniknęła. A szkoda.
9/20p. — na dzień dzisiejszy; bo mimo wszystko tekst jest za mało rozwinięty, by opunktować fabułę wyżej.


4. Bohater główny
Myślę, że za postać główną należałoby uznać Aiszę. Co prawda ginie nam ona raz na jakiś czas, ale na jej osobie zdajesz się najbardziej skupiać.
A więc: Aisza Kamel Khanafer, dziewczyna dziewiętnastoletnia, wychowana w myśl srogich muzułmańskich zasad. Znamy dość dobrze jej historię i sytuację rodzinną, co się chwali. Natomiast trochę gorzej ma się jej osobowość. Postać Aiszy budujesz na jednym fundamencie: chęć wyrwania się, zerwania z tradycją i zasadami, niemoc zrezygnowania z marzeń. No dobrze, to zrozumiałe: wieczne pragnienie wolności jednostki zniewolonej. Ale co dalej? Kim jest Aisza, poza tym, że jak wiele innych dziewcząt — bo na pewno większość muzułmańskich kobiet w którymś okresie życia myśli o tym, że mogłoby być inaczej — pragnie żyć inaczej? Co ją interesuje, poza bardzo ogólną chęcią poznania świata na zewnątrz? O czym myśli, jeśli nie o niemożliwych do spełnienia marzeniach? Nie wiadomo.
Kreujesz Aiszę na osobę zimną, obojętną, ukrywającą uczucia. Dobrze — ale podobno dziewczyna nie jest jak jej rówieśniczki — więc czym się od nich różni? Jedyna muzułmanka, z jaką ją zestawiasz, to Nina, ta zaś wydaje się jeszcze bardziej wyindywidualizowana. A szkoda, bo przecież Potencjalny Czytelnik nie musi wiele wiedzieć o realiach muzułmańskich i takie mimowolne porównanie wiele by dało.
Inna sprawa — najciekawsza dla mnie — to niemal absolutna bierność Aiszy. Niby to dość oczywiste, bo przecież gdyby była buntowniczką, to czytalibyśmy zupełnie inną historię; ale całkiem zgrabnie udało ci się ukazać jej pasywność. Aisza dostosowuje się do ojca i matki, nie wykazuje najmniejszych przejawów niezgody, a jednak tkwi w niej jeden wielki brak akceptacji swojego losu. Nie planuje żadnych ucieczek, ale w swojej niemocy próbuje zaklinać rzeczywistość — ot, choćby zwracając się do tytułowej rybki, której jej posiadaczką. Myślę, że można by bardziej rozwinąć ten motyw. I przenieść jakoś na nową rzeczywistość, bo przecież nie na darmo mamy złotawą rybkę w adresie i wkrótce życie Aiszy obróci się o sto osiemdziesiąt stopni.
Myślę, że w obecnej fazie rozwoju opowieści Aisza jest zbyt stłamszona, by w pełni rozkwitnąć. Dlatego bardzo żałuję, że przyszło mi oceniać tak mało zaawansowany tekst, bo zupełnie niepotrzebnie on na tym traci.
8/15p.


5. Pozostali bohaterowie
Zanim przejdę do poszczególnych bohaterów, chciałabym wygłosić kilka ogólnych uwag, bo są to zarzuty, które mam do większości twoich postaci, przynajmniej tych wysuniętych na pierwszy i drugi plan. Otóż: bohaterowie „Złotawej rybki” są do siebie bardzo podobni pod względem emocjonalności i temperamentu. Są sentymentalni, kierują się uczuciami, a jednocześnie gwałtowni, wybuchowi, pochopni w ocenie sytuacji. Łatwo wpadają w gniew, szybko działają, ale też nie są zatwardziali. Wszyscy cudownie łatwo przyznają się do błędów, wykazują zrozumienie i wybaczają. To bardzo nieludzkie, ale przeszłoby u jednej, dwóch postaci. Natomiast u każdego po kolei jest męczące i nieco sztuczne; nieprawdziwe.
Matt Hernandez wydaje się być postacią najbardziej wypieszczoną. Stworzyłaś mu biografię, rodzinę, przyjaciół, ale nawet tajemnicę. Przechodzi swego rodzaju metamorfozę, choć myślę, że nie wgłębiłaś się w temat, przez co ta zmiana — zarówno z dobrego chłopca w złego jak i — później — na odwrót — wydaje się mało rzeczywista. Ale w obu sytuacjach całkiem nieźle poradziłaś sobie z uchwyceniem jego osobowości. Początkowo widzimy Matta-obiboka, który wykrada się ze szkoły, spędza upojne noce z różnymi paniami, przesypia poranki i nie uważa podczas apeli; brzydko mówiąc, ma gdzieś wszystko i wszystkich, ignoruje zasady i tryb życia, jaki prowadzi, jest mu dość obojętny. I jako taki dobrze wygląda. Gorzej, że jak ma złego chłopca przystało musi mieć tajemnicę , co z jednej strony jest dobre — bo źli chłopcy nie spadają z nieba i wszystko musi mieć jakąś przyczynę — a z drugiej kiepskie, bo banalne.
Powrót Matta do swojego dawnego „ja” również jest dla mnie tematem spornym. Przede wszystkim w moim uznaniu naprawdę nie zawinił na tyle, by wszystko mu się wywróciło do góry nogami, a i podczas pobytu w domu nie stało się nic, co przywróciłoby go do pionu. Jeśli wystarczył sam kontakt z rodziną, to znaczyłoby, że ta na wcześniejsza zmiana byłą powierzchowna i wystarczył mały impuls, by wrócić do normy; a przecież przez dobry rok lub dwa wykazywał pewne zaburzenia. Ale idźmy dalej. Matta „po” widzimy tylko przez chwilę, zanim tekst się urywa, więc trudno powiedzieć o nim coś więcej. Niemniej bardzo dobrze ukazałaś jego późniejsze chęci nadrobienia straconych zaległości i nadgorliwość, co się chwali. Przyznam, że moment, w którym odmawia wyjścia do klubu z przyjaciółmi, bardzo mnie rozbawił. A jednak gdy już z nimi idzie, widzimy w podjętym zakładzie, że w gruncie rzeczy nadal jest tym samym zawadiaką. Udało ci się zachować umiar przy tych zmianach osobowości i nie popadać w skrajność, a to się chwali.
Najogólniej rzecz ujmując, kreacja Matta w praktyce wychodzi ci całkiem nieźle, natomiast teoria leży. Sądzę, że powinnaś trochę bardziej przemyśleć koncepcję tego bohatera, bo przyczyny, dla których postępuje tak, a nie inaczej, są zbyt niejasne i nieprawdopodobne. Natomiast same zachowania oddajesz z dużym wyczuciem.
Przyjaciela Matta zlewają się, niestety, w jedno i jak na razie tworzą zbiorowość. Indywidualizujesz ich trochę w ostatnim rozdziale, który przyszło mi czytać, ale to nieco za mało. Jeśli mają być czymś więcej niż grupą „Maleim”, musisz się bardziej przyłożyć.
Wypadałoby jeszcze szepnąć słówko o panu Smorthie, choć pojawia się tylko kilka razy. Niemniej wydaje się osobą dość istotną w życiu Matta. Sprowadza go na dobrą drogę, choć jest niejako tym, przez którego chłopak z niej zszedł. Myślę, że relacja pomiędzy nimi — na razie tylko zainicjowana — mogłaby być całkiem ciekawym wątkiem. Co się tyczy samego pana Smortha, wydaje mi się dość sztuczny, głównie za sprawą zmiennego usposobienia. Początkowo kreujesz go na kogoś łagodnego — przymyka oczy na wyjścia Matta i mówi mu o tym, oszczędza go, kiedy jego wybryki wychodzą na jaw, i kieruje do domu, jakby zgadując, że tam chłopak ułoży sobie pewne rzeczy. Tymczasem gdy Matt powraca, Smorth przeobraża się nagle w do przesady zasadniczego, surowego i twardego typa, właściwie nie wiadomo czemu. Celowe to czy przypadek, u licha? Można odnieść wrażenie, że wymknął ci się spod kontroli.
Druga linia bohaterów to otoczenie Aiszy, jak na razie mało rozwinięte. Dziewczyna jest jedynaczką, toteż w skłąd jej rodziny wchodzą tylko rodzice. Matka jest kimś, kto tylko obrazuje pojęcie. Chłodna, oddana zasadom muzułmanizmu, podległa mężowi, obojętna na córkę — tyle. Brak osobowości Aisza musiała odziedziczyć po niej. Ojciec, Kamel, jest tu czarnym bohaterem. Ukazujesz go jako rasistkę biorącego czynny udział w prześladowaniu Ormianów, co zresztą napawa go dumą i radością. Jest przy tym agresywny, rozpustny, zakłamany, bezduszny i, ogólnie rzecz biorąc, zły. I właściwie powinnam ci zwrócić uwagę na tą jednowymiarowość, ale sądzę, że w jego przypadku trudno mówić o tym, że bohater musi mieć zalety i wady. Bo Kamel może i ma jakieś zalety czy racje — ale jest złym człowiekiem. I tak powinno pozostać.
Trzecia linia koncentruje się wokół Suri. Sama Suri Kasachikyan pojawia się i znika. Popełniłaś fatalny błąd, serwując czytelnikowi całościowy obraz jej osoby na raz, tuż przed tym, jak ją zabiłaś. Bo właściwie nie wiadomo, po co. Jeśli chciałaś ją nakreślić według samopostrzegania, nie powinna tak szybko umierać. Jeśli miała być tylko przyczyną wydarzeń i pretekstem dla rozwinięcia innych bohaterów, można było pominąć jej perspektywę i pokazać Suri taką, jaką widzieli ją poszczególni ludzie. Sądzę, że to byłoby znacznie ciekawsze, bo czytelnik zastanawiałby się, kim faktycznie była Suri nie dlatego, że została kiepsko wykreowana, ale dlatego, że wszystko, co wie, to informacje z drugiej lub trzeciej ręki. Tymczasem Suri wydaje się niepełna. Żyje w Stambule, chce wrócić do dziadków, ma kłopoty z rodziną i o coś walczy z muzułmanami; ale o co dokładnie chodzi i dlaczego tak się dzieje — nie wiadomo. A to źle.
Dziadkowie Suri są bardzo niewyraźni. Pani Kasachikyan stanowi li i wyłącznie dodatek do swojego męża. Samvel z kolei ma tylko jeden cel: pomścić śmierć Suri, doprowadzając do wojny pomiędzy Turcją a Armenią. Trochę to mało logiczne i naciągane. Wszystkie uczucia, na które powołują się Kasachikyanowie, to tylko ładne frazy: ukochana wnuczka, ostatnia w linii, śmierć, zemsta. Są jak aktorzy wypowiadający swoje kwestie na szklanym ekranie. Zbyt patetyczni, za mało prawdziwi.
Znacznie bardziej zagadkową postacią jest matka Suri, Sewin. Początkowo ukazywana jako wyrodna córka, która odebrała Suri dziadkom i wyjechała z nowym mężem do Stambułu, gdzie zajęta nową rodziną ignorowała swoją pierworodną. Po śmierci dziewczyny nagle do niej dociera, że popełniła błąd, opuszczając rodzinny kraj, a z Ihabem i ich synkiem nie jest szczęśliwa. Wysyła więc do rodziców list — czy to w ramach przyznania się do błędów i chęci pojednania, czy też może zamierzając opuścić męża i powrócić do domu — nie wiadomo. Niemniej jak na razie jej list pozostaje bez odpowiedzi, a mi trudno uwierzyć w jej dobre chęci. Ostatecznie Suri nie raz miała poważne kłopoty, a skoro to nie poruszyło Sewin, trudno, by złamała ją śmierć córki.
I cóż — tyle, jeśli chodzi o ważniejszych bohaterów. Ogólnie rzecz biorąc, są oni w mniejszym lub większym stopniu niedopracowani. Powinnaś trochę więcej uwagi poświęcić motywom, które nimi kierują, i zastanowić się, z czego wynikają ich zachowania oraz czemu mają służyć.
Inna sprawa to pewnego rodzaju jednorodność pośród nich. Nie będę twierdzić, że Matthew i jego amerykańscy koledzy zachowują się tak samo jak Ormianie czy Turcy, ale momentami — zwłaszcza w dialogach — zanikają różnice, które powinny występować w przypadku ludzi wychowanych w tak odmiennych kulturach.
10/15p.


6. Świat przedstawiony
Akcja toczy się głównie na Bliskim Wschodzie, w tureckim Stambule i w bliżej nieokreślonej Armenii. Dość wyraźnie to zaznaczasz, zwłaszcza w kwestii różnic między kulturą turecką a europejską. Posiłkujesz się głównie obyczajowością, mentalnością ludzi, strojami, klimatem. Natomiast zabrakło mi opisów jako takich, bo to przecież świat zupełnie obcy, znany głównie ze stereotypów. Chciałoby się zobaczyć te miasta, ulice, domy, poznać bliżej tryb życia. Ty tymczasem tylko zahaczasz o pewne sfery, symbolicznie wskazujesz obecność pewnych elementów świata — jak w domu Aiszy czy przy ulicznych zamieszkach Braci Muzułmańskich.
Sporym błędem jest również to, że nie wskazujesz dosadniej różnicy między Armenią i Turcją. Moment przeniesienia akcji z jednego miejsca w drugie jest niemal niezauważalny, te dwa państwa zlewają się w jedno. Nieco inny jest sposób postrzegania bohaterów, zaś u dziadków Suri mamy telewizor i telefon. Ale to chyba nieco za mało.
Mamy też w ramach przestrzeni Matta Amerykę, stan Kolorado oraz wspominane już rodzinne miasteczko — Portage. Jeśli chodzi o Kolorado, to ograniczasz świat do podstawowych elementów — szkoła, pokój sypialny, dziedziniec i bar (bary?) oraz pokoje hotelowe, w których bywa Matt. Nic charakterystycznego. Dobrze, żeś chociaż samej szkole jako instytucji poświęciła kilka zdań. Natomiast przy Portage rozwijasz się bardziej, miasteczko nabiera kształtu i koloru. Co dowodzi, że potrafisz — więc dlaczego nie pozwalasz sobie na pełną kreację świata częściej?
Chciałabym też dodać kilka słów w kwestii czysto technicznej, choć konstrukcją opisu zajmę się przy stylu. Otóż: sytuację czy nowe miejsce powinnaś opisywać, gdy tylko w nią lub w nie wkraczamy, zanim czytelnik stworzy sobie własny — być może błędny — obraz. Spójrz choćby na rozdział trzynasty, właśnie z opisem szkoły podoficerskiej. Gdyby ten opis pojawił się wcześniej, na samym początku, byłby świetny, bardzo dobrze pokazywałby nam realia, w których się obracamy. Tymczasem, ponieważ pojawia się zbyt późno, jest tylko powtórzeniem tego, co czytelnik już wie z pojedynczych zdań, zbieranych rozdział po rozdziale, i tego, co sam sobie dopowiada. A to niedobrze.
Ogólnie rzecz biorąc: więcej odwagi i więcej dbałości o szczegóły. To twój świat, rób z nim, co chcesz — ale koniecznie musi on w całości zaistnieć.
9/15p.


7. Styl
Początkowo sztywny i bardziej encyklopedyczny niż literacki. Pierwsze rozdziały — i nie mówię o prologu, ale o rozdziałach — są czysto informacyjne, wprowadzające. Źle je skonstruowałaś, bo zamiast wprowadzić akcję i wplatać w nią pewne wiadomości i opis, ty zarysowujesz sytuację w telegraficznym skrócie, jakbyś konstruowała notatkę, a nie tekst literacki.
Gdy wreszcie wkraczasz w wydarzenia, jest lepiej, ale nadal lakonicznie i sztywno. Nabrałaś brzydkiej maniery opisywania każdej pojawiającej się postaci, na dodatek w sposób uproszczony i schematyczny — kolor włosów, kolor oczu, basta. Schematyczność zresztą przejawia się we wszelkiego rodzaju opisów, budowanych na zasadzie „przymiotnik, przymiotnik, rzeczownik”: „Chłopak leżący na szarej, obskurnej pryczy przykrył głowę brązowym, cienkim kocem. – Matt, bo nas zawieszą! – Wysoki brunet, o ciemnym kolorze skóry, stał nad zaspanym z wściekłą miną. – Sam się o to prosiłeś! – krzyknął i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony przyjaciela, zrzucił go z pryczy. Matt razem z materacem i brązowym kocem upadł na zimną, kamienną podłogę.”; lub też ciągłe powtarzanie „która”, „który”, „które”.
Później jest już lepiej, co dobrze wróży na przyszłość. Opis staje się bardziej plastyczny i lżejszy, choć zdecydowanie zbyt rzadki i lakoniczny. Powtórzę to, co mówiłam przy świecie — nie bój się szczegółów; pokuś się o bardziej drobiazgowy opis.
Dialog nie zawsze jest dobrze dopasowany do bohatera, zwłaszcza jeśli chodzi o bohaterów starszych i poważniejszych — wypowiadają się zbyt infantylnie i luźno. Ale to drobne zgrzyty od czasu do czasu, a nie norma.
Czasami zdarzają ci się też drobne błędy, mieszasz styl niski, potoczny z wyższym. Ot, choćby tutaj: „[…] Przy okazji włączył lampę znajdującą się na szafce nocnej po prawej stronie łóżka, na którym za chwilę miało dojść do stosunku” — stosunek, bądź co bądź, to określenie bardziej naukowe niż powszechne.
Tym, co mi najbardziej przeszkadzało, to — momentami — przesadny patos i melodramatyzm. Piszesz zbyt emocjonalnie, wręcz do przesady, przez co tekst brzmi sztucznie. Zbyt usilne próby poruszenia czytelnika są gorsze niż ich brak. Nie popadaj w nadmierną egzaltację. Jeden nadwrażliwy bohater jest w porządku; cała gama przewrażliwionych postaci plus narrator — męczy.
Jak na razie, styl masz niewyszlifowany i dośći toporny, ale idziesz w dobrym kierunku i na pewno będzie lepiej.
6/12p.


8. Wrażenia końcowe
Ujmę to tak: spodziewałam się czegoś innego. Spodziewałam się prawdziwego Wschodu, tej duszności, tych woni, tych barw, odmienności kulturowej i obyczajowej, Allacha, błękitnych kopuł, jedwabi i nieznanych nigdzie ziół. Tymczasem zostałam uraczona historią nieszczęśliwej dziewczynki, nieszczęśliwego chłopca i powierzchownie ujętej afery politycznej; czyli niczym nowym. Być może to tylko moje prywatne odczucie, ale w gruncie rzeczy ty wcale nie piszesz o Wschodzie. Aisza jest tylko kolejną bohaterką, której coś stanęło na przeszkodzie w realizacji marzeń, przy tym te marzenia nie zostały nawet dokładniej określone. A że jest to panująca kultura i obyczajowość — to też nic nowego; Werterowi w drodze do Lotty również stały na drodze obyczaje.
To tło wydarzeń — przepraszam cię ja bardzo — przynajmniej na razie nie jest tak istotne, by było czymś więcej niż tłem. Może gdyby Aisza miała bardziej skonkretyzowane plany, gdzie można by wyraźnie powiedzieć, że to, to i tamto stanowi przeszkodę, obsadzenie akcji miałoby znaczenie. Ale ona po prostu się buntuje, ot tak, żeby się buntować. I Suri robi dokładnie to samo, ta nienawiść Muzułmanów jest dla niej tylko pretekstem, ale nie wysuwa żadnych konkretnych zarzutów, nie ma jasno ustalonych oczekiwań. A jakby iść tym tropem — to i Matt, który nagle przeżywa załamanie, nie ma ku temu faktycznych powodów, zaś jego zachowanie argumentujesz raczej słabo.
A samo tło — które przecież również bardzo rozbudowane nie jest — może i wystarczy, by przyciągnąć czytelnika, ale nie wystarczy, by go zatrzymać.
2/6p.



Błędy — 23/30p.


1. Logiczne i rzeczowe
Występuje sporo niekonsekwencji w całej aferze politycznej i ewentualnym wybuchu wojny turecko-armeńskiej, ale uznałam, że nie będę tego uwzględniać. Po pierwsze — już ci to wypominano w wielu ocenach, a ja nic nowego nie powiedziałabym. Po drugie, to nie tyle błędy logiczne, co brak prawdopodobieństwa i uzasadnienia pewnych zdarzeń, za to zaś punkty poleciały przy fabule.
„Kiszki grały mu marsza i nie myślał o słowach kaprala, był tak głodny, że zjadłby Andy’ego z kopytami” — dość nietrafnie wyszło ta zamiana konia na Andy’ego, bo Andy kopyt nie posiada; wyrażenie uszłoby w dialogu, ale w narracji już raczej nie.
9/10p.


2. Gramatyczne
„Noworodkowi dziadkowie ofiarowali złote bransoletki – symbol wstąpienia do życia i kroczenia razem z innymi ścieżką wiary, który oznacza początek rozwijającej się miłości do Allaha i pełne posłuszeństwo do reguł panujących w Islamie” — pełne posłuszeństwo dla/wobec reguł;
„Liczba dwadzieścia jeden jest liczbą wyjątkową dla wyznawców islamu, ponieważ symbolizowała wejście kobiety z wieku nastoletniego w pełną dorosłość” — jeśli jest, to symbolizuje; jeśli symbolizowała, to była;
„Poprosimy dziewięć szklanek Jacka Danielsa, najzimniejsze jakie macie” — najzimniejszego; Jack Daniel’s jest rodzaju męskiego;
„Niespełna dwie minuty później pojawiły się dwie kelnerki i zaczęły podawać zimne whiskey” — zimną; whiskey jest rodzaju żeńskiego;
„Ojciec, jako jedyny z całej rodziny, nie był zadowolony z faktu, że jako pierwsza urodziła mu się dziewczynka, a nie chłopiec” — powtórzenie.
3/5p.


3. Ortograficzne
„[…] pełne posłuszeństwo do reguł panujących w Islamie” — islamie; nazwy religii piszemy małą literą;
„Przed Niną z pod ziemi wyrosła Aisza Khanafer.” — spod;
„Poprosimy dziewięć szklanek Jacka Danielsa, najzimniejsze jakie macie” — Daniel’sa.
4/5p.


4. Interpunkcyjne
„Dżihad – święta wojna, której boją się cudzoziemcy, to, dlatego w Turcji nie ma rzeszy turystów” — bez przecinka lub, jeśli to miała być forma podrzędna: to, dlaczego […] nie ma […] turystów;
„Matthew nie słuchał , czego konsekwencją było to, iż nie miał pojęcia, o jaką misję chodziło”;
„To, po co to , do cholery , zrobiłeś Matt?” — wtrącenia oddzielamy przecinkami; pogrubiony przecinek jest zbędny (podobnie jak wszystkie kolejne pogrubione);
„Co ja mam z tobą, chłopcze, zrobić?” — wszelkie wołącze również;
„Nie przypominam sobie, abyś wspominała mi o jakimś mężczyźnie”;
„Dopiero, kiedy kamienna droga zamieniła się w miękki, rozgrzany od palącego słońca piasek, zdjęły sandały i boso ruszyły na plażę obmywaną przez czyste, lazurowe morze”;
„To, że Nina zdjęła dżilbaab, nie było jej winą”;
„Dom, w którym niegdyś, jako mały chłopczyk, mieszkał Matthew, był nieduży”;
„Wraz z wyjazdem do Turcji matka, Suri powiedziała, że nie ma już rodziców, i rozkazała im o sobie zapomnieć”;
„Nie wiedział, jak rozmawiać z Samvelem, nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie”;
„Rozumiem, panie prezydencie, jednak myślę, że nie jest to najlepszy pomysł”;
„Zrób coś z tym, chłopie”;
„Jeśli poderwiesz tę laskę, co siedzi przy barze, dam ci dwieście dolarów, Matthew”.
2/5p.


5. Leksykalne
Nie zauważyłam. Mea culpa.
3/3p.


6. Literówki
„ […]mógł jedynie modlić się oto, aby nie został wydalony ze szkoły […]” — o to;
„Członkowie organizacji mieli na sobie długie, białe galabiję” — galabije.
2/2p.




Razem równiutkie 100/160, czyli grosza warte. Przyznam, że to więcej niż się spodziewałam, chyba po raz pierwszy w mojej karierze.
„Złotawa rybka” nie jest tekstem, które mnie prywatnie przypadłby do gustu. Jest zbyt lakoniczny, zbyt niezorganizowany, za mało plastyczny. Ale najbardziej cierpi przez niedużą objętość, toteż podejrzewam, że gdybyś poprowadziła dalej akcję, wiele by zyskał.
Opowiadanie ma duży potencjał, zwłaszcza gdyby rozwinąć motywy kultury Wschodu. I cóż rzecz — przykro patrzeć, jak tam przymiera od lipca, więc weź się w garść, dziewczyno, i pisz.



Isamar



[komentarzy 4] skomentuj

Wyrazić opinię na temat oceny, serwisu lub oceniającego możesz na stronie zło konieczne.





Ocena 71.
4.10.2009r. o 16.58

Oceniam:
„Witamy w Piekłach, panie przodem”

taste-of-blood





Wygląd — 16/30pkt.


1.Pierwsze wrażenie:
„Taste of blood” od razu skojarzyło mi się z wampirami. Uwielbiam historie o wampirach, a pani na grafice zwiastuje coś w stylu fantasy. Szczerze przyznać muszę, że odetchnęłam z ulgą, gdyż właśnie czegoś podobnego szukałam po ostatnich obyczajówkach i fanfickach. Tak dla urozmaicenia. No i dużo dobrego słyszałam o tym tekście, więc jestem ciekawa, czym mnie zaskoczysz, bo na razie mam już jakąś wizję ułożoną, jednak bardzo… typową dla tego typu historii.
Na pierwszy rzut oka szablon mi nie odpowiada, ale przyznam, że skrzydlata dama zachęca. Tylko w jakiejś innej kolorystyce, co? I do tego tekst zbyt mały, zbyt jaskrawy, zbyt wyśrodkowany. Ale to może niżej rozwinę.
Przejrzałam pierwsze wpisy i trochę się przeraziłam — jak niby mam ocenić historię świata? Potem zapoznałam się z blogiem do końca i, dzięki bogom, jest historia fabularna. Ale historię świata i tak przeczytam, gdyż mnie szalenie zainteresowałaś Piekłami.
7/10


2. Szablon:
Strasznie toporny, poza tym wygląda, jakby był zrobiony w Paintcie — ile razy kobiety przerabiają tak stroje, żeby wyglądały jak od Prady, a tak naprawdę kupiły je w szmateksie (wiem, metafora bardzo krzywdząca i stereotypowa, ale cóż poradzić)? Tutaj albo jest odwrotnie, albo przeróbki niestety nie wyszły. Szablon kompletnie nie przypadł mi do gustu, gdyż nawet te dwie szerokie kolumny pod zdjęciem wyglądają niechlujnie. Patrząc z daleka, widzę jeden plus — podoba mi się pomysł z górującym zdjęciem dziewczyny i pod spodem ramkami na treść i menu. Wygląda, jakby zdjęcie na nich się opierało.
Zbyt szerokie ramki wokół zdjęcia i kolumn; nadaje to grafice ciężki wygląd. Rozumiem, że ich kolor miał nawiązywać do sukienki damy, jednak i tak wygląda nienaturalnie. Osobiście kompletnie zmieniłabym kolorystykę szablonu na beże, biel, piaskowy, no ale to nie mój blog. Jaskrawa czcionka na czarnym tle razi w oczy, nie dałam rady przeczytać Twojego tekstu na blogu, nawet jednej notki. Ponadto wyśrodkowanie tej maleńkiej czcionki to katorga. Zbyt małe marginesy, tekst nachodzi na ramkę. Osobiście też męczy mnie, gdy nie widać tytułu notki — nie dałoby się tego powiększyć lub zmienić tytułowi kolor? Chwała Ci, Autorko, za to, że zamiast wcięć stosujesz entery: przynajmniej widać, gdzie zaczyna się akapit.
Teraz trochę ponarzekam na menu. Wydaje mi się zbyt szerokie względem kolumny na treść. Kolorystyka linków niedobrana. Tutaj też nie widać tytułów, a można by było użyć enterów, pogrubienia lub podkreślenia, żeby odróżnić od siebie dane kategorie.
Kiedy klika się w archiwum lub komentarze, pokazuje się inny szablon. Utrzymany w podobnej kolorystyce, co zachowuje spójność, ale kolor czcionki jest chyba mniej jaskrawy. Nie można by tego patentu przenieść na stronę główną? Ten seledynowy (?) naprawdę odstrasza.
Ogólnie — szablon osobiście przegnałby mnie z Twojego terytorium, gdzie pieprz rośnie. Pierwsze, co bym zmieniła, to kolor czcionki, może też pokusiłabym się o jej powiększenie. No i oczywiście wyjustowanie. Potem trochę zadbałabym o to, aby stracił na toporności; zwężenie ramek dużo by dało.
To teraz, dla zachowania równowagi w przyrodzie, pasowałoby powiedzieć coś przyjemnego. Od razu ciśnie mi się na klawiaturę — na pewno nie da się tutaj zgubić. Jest zdecydowanie przejrzyście.
6/15


3. Dodatki:
Całe te pięćdziesiąt stron początku potraktowałabym jako porządny dodatek do historii. Opis świata Piekieł jest barwny, skomplikowany — wiele razy zaplątałam się i musiałam wracać, aby zrozumieć, o co w zasadzie chodzi, ale ogólny szkielet mam przyswojony oraz z pewnymi podstawami przymierzałam się do przeczytania historii o czarodziejce. Czasem denerwowało mnie, że raz piszesz stylem „podręcznikowym”, suchym, jak w przewodniku lub encyklopedii, a później przerzucasz się bez powodu na styl albo jakiejś gawędy, albo bezpośredniej rozmowy z przyjaciółmi przy kuflu piwa. Dużo więcej uroku miałby ten wykład, gdybyś zdecydowała się na jeden styl. To tyle moich uwag, jeśli chodzi o wygląd tego „dodatku”, odniosę się do świata oczywiście jeszcze później.
Podążając menu, natrafiłam tylko na dział „o mnie” i kilka linków prowadzących do stron o fantastycznej tematyce. W dziale „o mnie” mamy chyba cytat pana de Sade. Na polskim blogu, francuski pisarz, po angielsku — w porządku, niech będzie. Zauważyłam, że niektórzy ludzie mają słabość do obcych języków, a w czasie kosmopolityzmu to niestety nie nadaje się do skrytykowania. I to by było na tyle tych „tylko Twoich” dodatków.
Na koniec taka mała prośba: historie Piekieł, Octavii i te kilka opowiadań są tak chaotycznie rozrzucone po blogu, że zastanowiłabym się na Twoim miejscu, czy nie zainwestować trochę czasu w przejrzysty spis treści.
3/5



Treść — 76/100pkt.


1. Dział „o mnie”:
Kilka zdań w języku angielskim, najprawdopodobniej pochodzących z ust pana de Sade (nie spotkałam się z takim cytatem tego bardzo fascynującego jegomościa, więc spekuluję). Cóż mogę powiedzieć? Boję się Ciebie, jeśli to jest stuprocentowa prawda. Ale jako oceniająca i czytelnik chciałabym też wiedzieć coś o blogu. O czym jest ta historia? Uważam, że informacje o autorze i krótka notka o historii na tylnej okładce książki to fantastyczny wynalazek!
2/7


2. Pomysł:
Historia o czarodziejce:
Pierwsze, na co muszę zwrócić uwagę, to to, że ta historia nie posiada tytułu. Zdziwiło mnie, iż tak dobry tekst się go nie dorobił, no ale już trudno. Chociaż zawsze warto coś pomyśleć, a „Smak krwi”, gdyby się uprzeć, mógłby nawet pasować.
Opowiadanie, czy może raczej minipowieść, traktuje o wiedźmie (trudno jej tak nie nazywać), która zawładnięta chęcią zwiększenia swej mocy — choć ta wcale nie jest jakaś licha — wybiera się na wyprawę poniekąd archeologiczną do piramidy na Bagnach Annoru. Tam, przez żądzę wiedzy oraz tłumacząc sobie swoje postępowanie powiedzeniem, że bez ryzyka nie ma zabawy, odkrywa coś przerażającego nawet dla największych umysłów Piekieł, coś niewątpliwie złego. Jest to pseudodaimon, który osiedla się w jej umyśle. Od tego cała intryga się zaczyna, a wiedźma od tej pory będzie starać się pozbyć dodatkowego balastu.
Jestem pod wrażeniem. Bo choć początek wskazywał na liniową fabułę zwyczajnej przygodówki, tak w efekcie zaserwowałaś, kawał psychodelicznej, traumatycznej lektury w klimatach fantasy. Najpierw wyglądało to na próbę opisania Twego niezaprzeczalnie wspaniałego świata metodą fabularną, aczkolwiek wyszło z tego coś naprawdę mocnego, z wyrazistym zakończeniem i, jeśli mogę użyć tego słowa, głębokim. Nie spodziewałam się takiego psychologiczno-filozoficznego finału.

Księga Pyłu:
Jest to krótkie opowiadanie ze świata Piekieł. Opowiada o naukowcu, poszukiwaczu przygód (tak w zasadzie nie wiemy, o kim), który zapuścił się w podziemia Smoczej Góry o wiele głębiej od samych dockalfar. Tam znajduje księgę…
Hm, w zasadzie czuję, że to opowiadanie opowiada o ludzkiej chęci władzy, posiadania wiedzy, której nikt inny nie posiada, a przez to stanie się czymś więcej niż zwykłym człowiekiem. No i o okrucieństwie Piekieł. Tak, zdecydowanie trafiłaś tym opowiadaniem w mój gust. Uświadomiłaś bohatera bez imienia o tym, że był idiotą i nie jest w stanie zrozumieć, a co dopiero opanować, potęgi, jaką kryje księga i owe podziemia.

Zwierzątko:
Coś spoza Piekieł. Jakiś mężczyzna postanawia kupić zwierzątko, a my towarzyszymy mu w drodze do sklepu zoologicznego. Przypomniał mi się serial amerykański „Dollhouse” — i pytanie: „Czy to jest moralne?”. Cóż, najwidoczniej tak. Nie do końca zrozumiałam, dlaczego główny bohater tak przeraził się, kiedy pomyślał, że przyjmie do domu prawdziwego człowieka. Rozumiem — specyfika czasów, być może planety czy Twojego świata, ale dobrze by było, gdyby to zostało wytłumaczone. Strasznie mnie to ciekawi, a bez tego myślę, że nie jest tajemniczo, tylko pozostaje irytujący niedosyt.

Adrian od cieni:
Nie wiem, czy te cztery części mogę traktować jako jedno opowiadanie, jednak na tym blogu jest taki nieporządek, że mam nadzieję, że mi wybaczysz, Autorko, jeśli popełniam jakąś gafę.
Pomysł jest jak najbardziej fenomenalny.
Octavia przygarnęła do siebie czarodzieja Adriana, jednocześnie ratując go od klątwy, przez którą chłopak miał drobne problemy z tak zwanymi Cieniami. Podróżowali razem, bawili się razem, spędzali czas, rozmawiali, odkrywali, pracowali — aż w końcu niewdzięczny kochanek uciekł. Octavia nie byłaby sobą, gdyby nie zemściła się na niewiernym. A tak, bo uraził jej dumę i w końcu należał do niej.
Opowiadanie miało pokazać okrucieństwo Octavii — i pokazuje, naprawdę. Czuję jednak niedosyt, gdyż z „Adriana od cieni” można było wycisnąć znacznie więcej. Podczas czytania miałam wrażenie, że czytam fragment czegoś większego, bardziej złożonego.

Pierwszy człowiek:
Archeolog Charles Balbage przybywa na Saharę w celu odkrycia czegoś przełomowego w nauce, czegoś co go wybije w świecie naukowców i zapewni mu sławę. Oczywiście odkrywa bardzo ciekawą osadę pod gorącymi piaskami. Nie chcąc aż takiego przełomu we współczesnej nauce, ucieka.
Opowiadanie to strasznie przypomina mi „Księgę pyłu” tylko w mniej mrocznej wersji. No nie wiem, nie zrobiło na mnie wrażenia, pomysł raczej powszedni, nic odkrywczego. Z drugiej strony nie jestem pewna, czy ma sens ocenianie tego opowiadania, gdyż wkleiłaś go tylko po to, aby mylog nie porzucił bloga. No, ale jest, więc coś z nim trzeba zrobić.

Pamiętnik Iskarczyka:
Muszę znów powiedzieć, że kolejny raz się zawiodłam. Tajemniczy człowiek, albo mówiąc bardziej poprawnie — mieszkaniec Piekieł, trafia do nieznanego Piekła, podejrzewam że na skutek tego charakterystycznego nakładania się na siebie Piekieł, o którym wcześniej wspominałaś. Pomysł jest oklepany, w kreskówkach czasami ma się do czynienia z podobnymi zakończeniami. I choć łudziłam się, że bawisz się schematami i jednak zaskoczysz na samym końcu czytelnika, to zakończyłaś dokładnie w taki sposób, jaki nasunął mi się na myśl parę stron wcześniej.
Z drugiej strony sądzę, że nie pomysł tutaj odgrywa ważną rolę. Cały tekst sprawia raczej wrażenie pisanego tylko po to, aby przedstawić Piekło Iskar drogą fabularną.

Światło nad Innsmouth:
Dobra, nareszcie coś zgoła innego. I piękny tytuł — pragnę wspomnieć po przeczytaniu całości.
Innsmouth to kolonia wybudowana najprawdopodobniej na jakimś wybrzeżu w celu nawiązania handlu z ryboludami. Okazuje się jednak, że przestała być potrzebna, a wręcz stała się utrapieniem. Jak się można domyślić, postanowiono zniszczyć Innsmouth, więc jej mieszkańcy zaczynają się ewakuować. I teraz mamy głównego bohatera, dla którego kwestia opuszczenia kolonii nie jest taka prosta i oczywista.
Pomysł nie jest zbyt oryginalny i skomplikowany, a raczej znów czerpiesz inspiracje najprawdopodobniej z już wykorzystanych i wytartych schematów. Nie zaskakujesz, nie serwujesz jakichś malowniczych opisów, żadnych głębszych przemyśleń, żadnego punktu przewodniego, bo główny bohater od początku wie, jak postąpić, i tak też postępuje. Nie ma wątpliwości. Przez co całość wydaje się pisana po prostu na siłę.
6/10


3. Fabuła i akcja:
Historia o czarodziejce:
Fabuła zasadniczo ma dwa główne wątki i jest podzielona na dwie części: na początku jest to zwiedzanie piramidy, a przez to przedstawienie głównej bohaterki oraz pokazanie świata Piekieł, jego konstrukcji cząsteczkowej, że tak powiem. Później zaś mamy wstrzymującą wdech w piersi podróż wiedźmy-Octavii po legendarnych (ba!, mitycznych) miejscach Piekieł, aby znaleźć sposób na uwolnienie się od zła, które zasiedliło się w jej duszy (?). Wątkami pobocznymi są relacje Octavia-Marek, Octavia-Rene, Octavia-reszta świata… no i przedstawienie owego świata.
Ten świat przewijał się ciągle, ciągle bombardowałaś czytelnika informacjami, jak co działa, dlaczego tak, a nie inaczej. Nie twierdzę, że to źle — przy tak skomplikowanej konstrukcji Piekieł to nawet wskazane, jednak w pewnych momentach nieco gubiłam wątek. Po prostu, zaczytana w wykładzie na temat jakiejś legendy lub rasy, zapominałam, co tak naprawdę wcześniej robiła Octavia, co jest sensem danej części. Gdybyś częściej stosowała zabiegi, które mają na celu pokazanie czegoś w sposób nie nużący, nie w postaci przydługiego wykładu, byłoby o niebo lepiej. Jakoś to rozrzucić po treści, wpleść w dialog, rozciągnąć w czasie (jak na przykład ma się sytuacja z wampirami — miałaś idealny model w postaci Rene). Nie podobały mi się też słowniczki, choć sądzę, że nie miałaś pomysłu jak wpleść do treści wiadomość, kim są tlaloi czy queloi. Z drugiej strony nie jest aż tak źle, żebym kompletnie nic nie zrozumiała z fabuły. To raczej taka refleksja niż rzeczywisty błąd.
Druga, już poważniejsza sprawa, którą chciałam poruszyć, to przeskoki w akcji. Cała historia utrzymana jest w takich klimatach, że ciężko ustanowić sobie jakąś konkretną chronologię, nie wiadomo, co jest halucynacją, wspomnieniem, a co rzeczywistością. To już jest męczące, a do tego dochodzą naprawdę spore przeskoki w czasie, co doprowadza do jeszcze większego chaosu. Robi się z tego ciapka, którą trudno przyswoić. Na samym początku naprawdę zirytował mnie przeskok z pobytem Octavii w świątyni Ymma. Totalnie mnie zakręciłaś, nie miałam zielonego pojęcia, co się wydarzyło, miałam wrażenie, że musiałam ominąć kilka ważnych części. A wystarczyło w poprzedniej wcisnąć, że ma zamiar tam pojechać. Albo po prostu wstawić między nimi jakąś część mówiącą właśnie o tym. Wiem, że to irytujące, ale czytelnika czasami jednak trzeba traktować jak idiotę — szczególnie w takim „zamotanym” tekście i szczególnie, jeśli chodzi o chronologię. Naszkicować czytelnikowi stały pień, aby później autor wokół niego mógł dorysowywać kolejne gałęzie, pędy i liście.
Jeśli chodzi o samą treść — jestem oczarowana. Dawno nie czytałam czegoś tak dobrego.

Księga Pyłu:
To opowiadanie. Króciutkie opowiadanie, więc fabuła jest jak najbardziej jednowątkowa, a akcja ogranicza się do wędrówki, potem odnalezienia ksiąg i w końcu Tej księgi, no i zakończenie. Bohater bez imienia opisuje swą wędrówkę, rozważania — zapewne w dużej mierze, aby nie oszaleć od panującej w podziemiach atmosfery. Później na kartach zapisuje ostrzeżenie dla potencjalnych wędrowców, którzy zapuściliby się aż tak daleko. Wyraziste zakończenie, przynajmniej dla mnie zrozumiałe przesłanie — cóż, tyle. Nie mam żadnych zastrzeżeń.

Zwierzątko:
W zasadzie powiem to samo, co piętro wyżej. Tylko tutaj mamy coś chyba bardziej nastawionego na pytanie: „Czy to jest moralne?”. Nie chodzi o fabułę, o akcję, tylko o jakąś przerażającą wizję świata bez okien, bez kóz, bez wielkich pomieszczeń i z tymi wyjątkowymi zwierzątkami. Hm, bez ludzi? Tak, to miałoby sens…

Adrian od cieni:
Jak już wspomniałam — wykonanie wspaniałego pomysłu zawiodło. Po pierwsze chronologia leży. Nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje, kiedy i w końcu — w jakiej kolejności. Nie wiem, czy ona wyciągnęła go ze swoich lochów, by pokazać mu miasto-cień, czy może wydarzenia na polanie działy się dużo wcześniej, przed początkową scenką w lochach. Sądzę, że to ta pierwsza opcja, ale głowy za to nie dam. Pojawiło się mnóstwo motywów (choćby miasto-cień), nie wiadomo, co jest zakończeniem, co działo się na samym początku. Bardzo źle się czytało, choć pomysł jest fenomenalny, szczególnie pomysł na Adriana i motyw z końcem Piekieł.
Może ułóż przynajmniej te części chronologicznie… Nie wiem, daj jakiś znak czytelnikom, o co w tym w ogóle chodzi. Oczywiście mam podejrzenie, że chodziło o to, że Adrian uciekł po raz drugi na końcu tekstu, ale to zbyt luźne i jest kilka zdań, które rujnują mi tę wizję.
Ogólnie — musisz coś zrobić z tym opowiadaniem. Koniecznie. Naprawdę szkoda tak dobrego pomysłu.

Pierwszy człowiek:
Hm. Opowiadanie jednowątkowe, króciutkie. W zasadzie coś podobnego mogło się zdarzyć w rzeczywistości. Nie mam zielonego pojęcia, co mogłabym powiedzieć — tekst jest poprawny, niczego mu nie brakuje, ale przewidywalny, a przewidywalność nie jest najlepsza dla opowiadania. Będę nawet brutalna i ośmielę się stwierdzić, że to idealny zapychacz miejsca.

Pamiętnik Iskarczyka:
Pewien podróżnik, naukowiec trafia na przedziwne Piekło i rani nogę. Okazuje się, że stworzonka, które miały za zadanie, przynajmniej w mniemaniu bohatera, wyssać jad, który przedostał się do organizmu przez zatrute ostrze broni tajemniczych scaria, którzy wcześniej gonili go, niestety okazały się niezbyt przyjazne. W efekcie mdleje z wycieńczenia, a później budzi się w niesamowitej wiosce Iskarczyków. Od tego właśnie momentu mamy do czynienia z rozpoczęciem akcji i głównego wątku.
Akcja toczy się wolno, bohater z dużą skrupulatnością opisuje w swoim dzienniku wszystkie niesamowite rzeczy, które udaje mu się zaobserwować, ale bynajmniej nie jest nudno. Dowiadujemy się o tajemniczej wyspie po drugiej stronie jeziora, a która wywołuje w bohaterze dosyć złowieszcze uczucia. Poza tym społeczność Piekła Iskar jest naprawdę interesująca, prawie jakby żyli w utopijnej komunie (a może wcale nie prawie?). Od tego momentu, kiedy ginie chłopiec, robi się interesująco, napięcie wzrasta, niestety już od wypłynięcia na obrzędy pożegnania się z porą mgieł, zaczyna się robić przewidująco.
Nie wiem, czy masz może jakiś sentyment, czy szczególne upodobanie do tego typu zakończeń, ale to już bodajże trzecie opowiadania na „Taste of blood”, które kończy się w ten jakże charakterystyczny sposób. I jak w „Księdze Pyłu” niezaprzeczalnie wyszło z tego coś naprawdę dobrego, tak w „Pamiętniku Iskarczyka”, powiem szczerze, zaśmiałam się na końcu z rezygnacją. Co wcale nie oznacza, że opowiadanie to jest beznadziejne, czytało się wręcz przyjemnie i szybko, ale wyniosłam z lektury wyłącznie ciekawy opis społeczności oraz lekkie zniesmaczenie przewidywalnym do bólu zakończeniem.

Światło nad Innsmouth:
Krótka forma literacka, fabuła jednowątkowa. Nie będę się rozpisywać, ponieważ nie ma nad czym — opowiadanie to da się czytać bez zgrzytów, aczkolwiek jest bezbarwne oraz, jak w poprzedniej kategorii wspomniałam, zdaje się być wymyślone na poczekaniu i napisane na siłę, bez jakiegokolwiek entuzjazmu. Tak wyszło, a nie sądzę, że tak miało wyjść. Brakowało mi wątpliwości głównego bohatera, strachu, który pojawił się dopiero w końcówce, ogólnie czegoś, co ożywiłoby tę historię. Na razie to przeciętna historia o stukniętym facecie, który nie wiadomo dlaczego zdecydował się na to, na co się zdecydował, motywując to jednym zdaniem pojedynczym, które do tego nie posiadało jak dla mnie zbytnio mocy, aby to kupić. Nic ponadto, a jednak widzę w tym opowiadaniu potencjał. Trzeba tylko przysiąść i rozbudować nieco postać Roba Marshala.
15/20


4. Bohater główny:
Historia o czarodziejce:
Octavia to jeden z największych umysłów w Piekłach. Nieco niezrównoważona psychicznie wiedźma, dla której nadrzędnym celem jest zdobycie władzy i ulepszenie swej mocy. Jest nieprawdopodobną suką, nie obchodzi jej w zasadzie nic, co nie jest związane z nią i aktualnym źródłem pozyskiwania wyżej wspomnianej mocy. No i nie cofnie się przed niczym w drodze do celu. Upór i lekceważenie, a nade wszystko pewność siebie Octavii doprowadza w końcu do, jakby nie patrzeć, tragedii. Z drugiej strony, podczas jej podróży po Piekłach, poznajemy ją trochę z innej strony. Wychodzi na to, że ma ona jednak w sobie człowieka — typowe, ludzkie słabostki, uczucia, wątpliwości i jeszcze raz uczucia, które wiele razy były szargane przez środowisko zewnętrzne. Przez to stała się wielowymiarowa, nie jest tylko kolejną, bezwzględną, potężną czarodziejką w literaturze fantasy. Ma też słabość do przeklinania oraz kompletnie nie posiada gustu. Po prostu bohaterka z krwi i kości, mająca wiele twarzy. Zdecydowanie uwielbiam czytać o takich mieszankach wybuchowych, ale pewnie przy spotkaniu urwałoby mi głowę.

Księga Pyłu:
Bohater bez imienia, z tajemnicza profesją, która najprawdopodobniej wiąże się z podróżami, zdobywaniem wiedzy. Pewnikiem jakiś naukowiec. Dowiadujemy się, że pomagali mu dostać się na taki poziom dockalfar, być może oszukali go. Do podziemi przybył w poszukiwaniu wiedzy, sam powiedział, że jest ponad gromadzeniem bogactw. Reszty możemy się domyślać. Wydaje mi się, że jest odpowiedzialny za to, co robi, zważywszy na decyzję, którą podjął pod koniec opowiadania. Być może był przerażony, choć nie decyduje się na taki krok ze strachu, raczej ucieka się, gdzie pieprz rośnie. Jednak tutaj sytuacja była naprawdę ekstremalna, a nigdy nie wiadomo jak człowiek zareaguje na taką sytuację. Nic więcej nie można o nim powiedzieć.

Zwierzątko:
Znów bohater bez imienia, który pragnie kupić zwierzątko, jednak się boi. Odpowiedzialności, bliskości prawie człowieka w mieszkaniu? Na początku niezdecydowany, potem jednak bierze zwierzątko. I tak jak piętro wyżej — reszta to tylko domysły.

Adrian od cieni:
Nie wiem, czy to Octavia, czy raczej Adrian, jednak postanowiłam obsadzić w tej roli Adriana, jako że jest bohaterem tytułowym.
Adrian to czarodziej, z którego Octavia zdjęła klątwę, aby mógł on zostać jej uczniem i kochankiem. Niestety dla niego, pewnego dnia, po ukończonej wyprawie (o ile dobrze wszystko przetrawiłam) znika z życia czarodziejki. A wtedy dosięga go zemsta. I tutaj dochodzimy do tego nieszczęsnego momentu — po tym Octavia pokazała mu miasto-cień? Odczyniła swój własny urok, by Adrian stał się znów prawie człowiekiem? A on uciekł po raz drugi? Czy może to działo się wcześniej?
Postać fascynująca, ogarnięta przez mrok i strach. Nieco też nierozsądna ze względu na to, jak postąpiła z Octavią. Zdecydowanie ciekawa klątwa, można by było z tego interesujące rzeczy wycisnąć, a z Twoimi umiejętnościami zdaje się, że wyszło by coś godnego zachwytu. Niestety chyba nie zrozumiałam, co chciałaś tym opowiadaniem przekazać. Postacią Adriana. Bo gdyby okazało się, że część z miastem-cieniem zdarzyła się po pierwszej części, wyszłoby, że rzeczywiście miałaś pomysł. A Adrian namieszał. Znowu.
Tak, jestem trochę zakręcona po lekturze tego opowiadania. Nie wiem, co mam myśleć i przede wszystkim — czy sama nie namieszałam.

Pierwszy człowiek:
Charles Balbage. Ot, archeolog spragniony sławy i wstrząśnięcia światem naukowców. Uparty lub trzymany siłą na Saharze przez jakieś tajemnicze przeczucie… nie, jednak po prostu uparty. W końcu mamy na to dowód w postaci jego przemyśleń podczas kopania. Wytrwały lub pędzony niewyobrażalną żądzą odkrycia czegoś. Z charakteru nijaki. Taki przeciętny facet. No i cóż?... Z moją manią nadinterpretacji dałoby się z tego dość dużo wycisnąć, ale myślę, że to bezcelowe.

Pamiętnik Iskarczyka:
Bohater główny tego opowiadania jest taki dość nijaki. Wydaje mi się, że służy tylko do tego, aby zrelacjonować swoje obserwacje, spostrzeżenia dotyczące Iskar. Nie wychyla się, konsekwentnie nie wychodzi na plan pierwszy, tylko opisuje społeczność osady. Dlatego też wydaje się dosyć przeciętnym mężczyzną, może cierpi na jakiś kompleks?... Kojarzy się z takim naukowcem albo z obowiązku, albo z konieczności, albo ta pasja musi siedzieć w nim dość głęboko. Konfrontuje społeczność Iskar z cywilizowanymi polis, jakie odwiedził. Wydaje mi się też, że to dość inteligentny facet lub obdarzony silną intuicją — szybko zaczął mieć złe przeczucia co do intencji Iskarczyków.
Jedyna scena, która podobała mi się w zakończeniu, to to właśnie jego omotanie przez Iskarczyków. Zdawał się wiedzieć, co go czeka, ale jakby nie był do końca świadomy makabrycznych konsekwencji.

Światło nad Innsmouth:
Rob Marshal wychował się na Innsmouth i zamierza na niej zostać, nieważne czym by to skutkowało. Nie wywarł na mnie w zasadzie żadnego wrażenia. Ot — jest. Wydaje się być totalnym głupcem, nie wytłumaczyłaś do końca, jakie wodzą nim motywy. Nie opisałaś w sposób dość przekonywujący jego sentymentalizmu do tego miejsca, silnej chęci zostania w domu, tej beznadziei, że i tak nie miałby gdzie się podziać. Dlatego właśnie wydał mi się głupcem, który do końca nie wie lub nie rozumie, co go czeka. Zupełnie zaniedbana psychika, osobowość jak mniemam.
10/15


5. Pozostali bohaterowie:
Historia o czarodziejce:
Nie pojawiła się ich jakaś ogromna liczba, jednak to przez rozmiary tej opowieści: stanowczo zbyt małe rozmiary. Jednak ci, którzy zaistnieli i powiedzieli coś sensownego, zdecydowanie nie pojawili się na próżno i każdy z nich miał coś do wniesienia do historii. Nie liczę tutaj bohaterów takich jak Smok Wawelski, skrybowie, mroczne elfy — choć niewątpliwie byli ważni, nie da się o nich powiedzieć czegoś więcej oprócz kilku cech charakterystycznych. Poza tym — postacie wyraziste do bólu, ale nie przerysowane, żaden nie pozwolił mi się zignorować, a wręcz brutalnie przykuwał uwagę.
Właśnie.
Mamy półelfów bliźniaków Tavika i Navika, którzy, choć nie posiadają języków, to i tak robili mnóstwo hałasu. Mają bardzo praktyczne podejście do życia, nie biorą go też zbyt serio. Najważniejsze jest, aby mieć się, z czego utrzymać, a potem resztę wydać na przyjemności. Pracują dla Octavii i wiele razy pakowali się w kłopoty, aby później się z nich jakoś wylizywać. Chyba jedną z ważniejszych ich cech jest lojalność i miłość, jaką do siebie czują. Bardzo sympatyczni, chyba nie da się ich nie lubić.
Omega to już bardziej złożona postać. Prosty wojownik obdarzony dużą intuicją. Jak dla mnie to całkiem inteligentny, choć jakiś taki gburowaty i zamknięty w sobie. Jednak z drugiej strony to nie dziwne, kiedy ma się taką szefową. Scena, gdy opowiadał towarzystwu o swojej przeszłości poruszyła mnie, naprawdę do tej pory nie sądziłam, że Octavia jest aż tak nieczuła i aż tak brak jej jakiejkolwiek empatii. Ogólnie Omega to również sympatyczna postać, szkoda, że razem z bliźniakami nie pojawili się ani razu na dłużej po wyjściu z piramidy.
Po powrocie Octavii do Platinopolis poznajemy Rene. Rene to esencja wszystkiego, co cenię w tego typu bohaterach, i jestem w stanie rozpływać się nad nimi przez bardzo długi czas. Mężczyzna jest wampirem, a do tego Francuzem i inkwizytorem. Z tym inkwizytorem miałam pewien problem, bo wampir, istota, która zaprzedała duszę diabłu (a przynajmniej z tego co mi wiadomo), nie mogłaby odprawić egzorcyzmów. Z drugiej jednak strony w Piekłach jest mnóstwo bogów i wszyscy są źli do szpiku kości, więc chciałam tylko zapytać, czy Jahwe również należy do tego zacnego grona? Bo jeśli tak, w odprawianiu egzorcyzmów przez wampira odnajduję wyłącznie wewnętrzny powab. Na początku wydaje się być tylko niepozbawionym uroku osobistego kochankiem Octavii, jednak później dowiadujemy się ciekawych rzeczy, co sprawia, że Rene staje się dużo ważniejszy dla fabuły. A ta słodka para nabiera wartości.
Później do posiadłości Octavii przybywa Marek, również Ziemianin pochodzący z Imperium Rzymskiego mentor czarodziejki. To rozsądny mężczyzna, obdarzony potężną mocą i przede wszystkim mający jakiś kompleks na punkcie swej byłej uczennicy. Być może jest w niej zakochany? A raczej był… Przez ten kompleks pozostaje w zamku, choć nie jest w nim mile widziany, nie znosi Rene (i nawzajem), a przede wszystkim troszczy się o Octavię. Wydaje się, że jej bezpieczeństwo jest dla niego najważniejsze, ponieważ w razie jakiegoś natychmiast odstawia na bok wszystkie urazy i inne przeszkody, by ratować kobietę. Powiem szczerze, że jako czytelniczka niezbyt go polubiłam, odrobinę irytował, choć jako bohater niewątpliwie ma coś w sobie i doskonale wpasowuje się w historię.
I niestety to by było na tyle. Mogłabym jeszcze wspomnieć o pseudodaimonie, który gościł w umyśle Octavii, jednak to już inna historia. Bardzo ciekawa i nie chciałabym nikomu psuć przyjemności z czytania. Naprawdę się tego nie spodziewałam.

Księga Pyłu:
Brak. Krótkie formy rządzą się swoimi prawami, więc jedyny bohater, który pojawił się we wspomnieniach głównego bohatera to mroczny elf Yuhako, który prawdopodobnie przygotowywał go do podróży.

Zwierzątko:
Pielęgniarka, doktor i zwierzątko (choć nie sądzę, aby to coś można było zaliczyć do bohaterów). Istnieją tylko po to, aby istniało opowiadanie. W przypadku tych dwóch pierwszych, aby pozwolić bohaterowi dostać się do zwierzątka. Nie ma sensu ich opisywanie, bo nie wprowadzają do fabuły kompletnie nic, choć doktor ułatwia nam odrobinę odniesienie się do moralności tych ludzi, że w zasadzie dla nich to nic takiego, choć dla rzeczywistych ludzi to oburzające (a przynajmniej powinno być). Im dłużej o tym myślę, tym bardziej uważam, że to opowiadanie miało zaszokować i zmusić do analizy takiego świata.

Adrian od cieni:
Pojawia się tutaj Octavia jako bohaterka na równi z Adrianem, aczkolwiek to raczej nie o niej jest to opowiadanie (jeśli rozumieć je tak, jak ja rozumiem). Przedstawiłaś ją tutaj jako wiedźmę, mało przypomina tę Octavię z pierwszej historii. Ale to może dlatego, że ograniczyłaś się w „Adrian od cieni” tylko do jej powierzchowności, więc skupiłaś się tym, że z niej niewyobrażalna suka. Traktuje Adriana jak swoją własność, nie wydaje mi się, żeby go kochała, skoro zrobiła mu to, co mu zrobiła — może to jakaś odmiana przywiązania? Przyzwyczajenia? I z pewnością urażona duma wariatki. Ta Octavia mniej mi się podoba, jednak nadal jest porażająca.

Pierwszy człowiek:
Sir Arthur Dodgman. Lojalny? Charles dużo mu płaci? Oddany nauce i odkryciom? Tego można się tylko domyślać. Trwa przy swoim pracodawcy, kopie razem z nim, nie poddaje się. Zgadza się z nim całkowicie, w zasadzie we wszystkim. Dziękuję za uwagę.

Pamiętnik Iskarczyka:
Pozostali bohaterowie tego opowiadania to głównie bohater zbiorowy — osada w Iskar. Tubylcy, którzy uratowali bohatera przed śmiercią z wykrwawienia, przyjęli go u siebie, ugościli bardzo przyzwoicie. Żyją w pokoju i spokoju, kobiety są całkowicie wyemancypowane, każdy zna swoje miejsce i nikt się nie wychyla przed szereg. Wszyscy są mili dla siebie, uprzejmi, życzliwi, idealni sąsiedzi. Utopia, komuniści byliby dumni. No, ale nie ma ideałów — tajemniczy drugi brzeg jeziora wisi nad społecznością niczym fatum, a przynajmniej ma się takie wrażenie. Dość ciekawe. Jako że wiele razy spotykałam się z próbami opisania idealnego społeczeństwa, tak tutaj nawet podobała mi się nie tyle koncepcja (nie oszukujmy się — każdy tak właśnie wyobraża sobie utopię), co jej przedstawienie. Po prostu interesujące i przyjemne w odbiorze.
Postacią, która zasługuje na wspomnienie, jest Maerra — kobieta, u której gościł nasz bohater. Można chyba ją nazwać kobietą wyzwoloną (choć pewnie w osadzie wcale się za taką nie uważa, w sensie — za jakąś wyjątkową), gdyż nie ma męża, mieszka sama, sama pracuje i utrzymuje dom w rydzach. Na mnie zrobiła nieprzyjemne wrażenie — cicha, zdaje się wszystko obserwować wnikliwie… nie wiadomo, co tam w jej głowie siedzi.

Światło nad Innsmouth:
Hm, poznaliśmy ich kilku. Hm, w zasadzie to jednego. Jest nim Brian-barman, zdaje się dobry kumpel Roba, który ostrzega go przed niebezpieczeństwem, jednak nie robi nic więcej, aby kolegę ze sobą zabrać. Z jednej strony nie jest z niego zbyt dobry przyjaciel, jednak z tej drugiej: może to o wiele bardziej głęboka przyjaźń i Brian rozumie, dlaczego Rob postanawia zrobić to, co postanawia zrobić. Mężczyznę można oceniać tylko pod względem jego relacji z Robem, gdyż jako tako swojego charakteru nie posiada, zbyt mało było na to stron. Tylko proszę mnie źle nie zrozumieć — to nie wytknięcie błędu, a po prostu stwierdzenie faktu. Wydaje mi się rozsądnym facetem, takim mocno trzymającym się ziemi, nie interesujący się jakimiś wyższymi celami czy innymi tego typu błahymi sprawami.
12/15


6. Świat przedstawiony:
Co tu dużo mówić — genialny! Ogromny, przeładowany najróżniejszymi elementami z literatury, nawet ze świata rzeczywistego. Zdawałoby się, że nie podołasz zagarnięciu tego wszystkiego i w sposób przystępny dla czytelnika przedstawisz ogrom Piekieł, jednak Ty poradziłaś sobie z tym wyśmienicie. Nie mam niedosytu, nie mam zastrzeżeń (ten świat jest tak skomplikowany, że na sto procent byłabyś w stanie odpowiedzieć na wszystkie moje zarzuty, a nawet obrócić je na swoją korzyść). Informacje podajesz w fabularnych opowiadaniach stopniowo, nie zanudzasz długimi wykładami o rzeczach mało istotnych dla rozwoju akcji czy też dla zrozumienia dlaczego tak, a nie inaczej. W tekście poprzedzającym opowiadania, wszystko również przekazujesz w sposób poukładany, przejrzysty.
Mamy więc mitologię, złowieszczych bogów, opisy historyczne wojen, rasy, potwory, kolejne Piekła (to chyba taki odpowiednik planety lub całej galaktyki?), zasady funkcjonowania magii — wszystko, wszystko czego każda dusza może zapragnąć. Wszystko to zmieszane, wstrząśnięte — pyszne! Wiem, że pasowałoby się tutaj rozpisać, aby połechtać Autorce ego, ale jestem tak oczarowana Smokiem Wawelskim, szeleszczącymi drzwiami, nachodzeniem na siebie Piekieł, zasadami moralnymi tego świata, że nie potrafię wykrztusić z siebie czegoś sensownego. A o sensowną opinię przecież tutaj chodzi.
15/15


7. Styl:
Zdecydowanie masz talent — z tym nie można polemizować. Czyta się Ciebie lekko, przyjemnie, a gdy się postarasz z zapartym tchem lub szerokim uśmiechem na ustach. Zdarzają się jeszcze w tekście drobne błędy stylistyczne czy gramatyczne, ale to nic poważnego: nic, z czym nie mogłabyś sobie poradzić w najbliższej przyszłości. Piszesz dojrzale, masz wprawę w budowaniu klimatu, nie boisz się słowa, a raczej się nim bawisz. Kiedy jest to potrzebne — stosujesz szczegółowe opisy lub poszatkowane, krótkie zdania. I oba te elementy narracji wychodzą Ci bardzo dobrze. Twój styl nie ogranicza się do poszła-zrobiła, do suchego przekazania informacji, jest raczej indywidualny, rozwinięty. Cóż — tylko pogratulować.
12/12


8. Wrażenia końcowe:
Historia o czarodziejce:
Jestem oczarowana tą historią. Najbardziej chyba cenię w niej sobie to, że masz gdzieś wszystkie schematy i reguły, i konwencjonalności i piszesz tak, jak chcesz. Bawisz się schematami, dokładasz do swego świata różne, nieprawdopodobne elementy i po prostu gwiżdżesz na to, czy to mogło się stać czy raczej nie. Poza tym ciekawi bohaterowie, zaskakująca akcja i niesamowity, mroczny klimat. Naprawdę nie potrzebuję niczego więcej od tego typu opowieści.

Księga Pyłu:
Podobało mi się, szczególnie przesłanie. Pokazałaś też okrucieństwo Twoich Piekieł, które tak podkreślałaś wcześniej. I może cierpię na nadmierną skłonność do nadinterpretacji, jednak myślę, że takie opowiadanie można tłumaczyć sobie wedle gustu i ukształtowanego światopoglądu, a także osobowości.

Zwierzątko:
Bardzo nieprzyjemne. Nie chciałabym, aby ludzkość znalazła się na takim etapie, nigdy. Ten zimny świat, uśmiechnięta pielęgniarka i przymilająca się dziewczyna do nogi głównego bohatera. Iście odpychające. Wydaje mi się, że to również opowiadanie, które ma za zadanie wzbudzić jakieś emocje, zmusić do przeanalizowania świata. A z drugiej strony po prostu pokazać inną rzeczywistość. Bo rozrywki ono na pewno mi nie przyniosło, a naprawdę przeorało mózg.

Adrian od cieni:
Pomysł na to opowiadanie mnie zachwycił, jednak wykonanie było zbyt chaotyczne, by można było się w tym wszystkim połapać. Nie wiem, co chciałaś mi powiedzieć, opisując przygody Adriana. To, że Octavia była okrutna? Nie, to chyba trochę za mało.

Pierwszy człowiek:
Coś czuję, że nie powinnam tego oceniać, no ale skoro jest, to oceniam. Nic odkrywczego, nawet trochę mnie znużyło zakończenie, ponieważ czytałam z przeświadczeniem, że jednak na samym końcu zaskoczysz czymś innym. W końcu nie zawsze coś jest tym, na co wygląda, prawda? Przynajmniej teraz widać, jak wykonanie może przemienić wyświechtany pomysł — „Księga pyłu” bardzo mi się podobała, a przecież pomysł bardzo podobny do „Pierwszego człowieka”.

Pamiętnik Iskarczyka:
Z jednej strony czytało się całkiem przyjemnie, bez żadnych rewelacji, aczkolwiek lektura bardzo miła. Niestety z tej drugiej strony opowiadanie bardzo przewidywalne i rozczarowujące po próbkach wcześniejszej twórczości. Za to jako opis Piekła ciekawe, nie ma co marudzić.

Światło nad Innsmouth:
Bezbarwne, jakieś takie niedopracowane, płytkie — serce mnie boli, kiedy piszę to, ponieważ jestem po lekturze Ocvtavii zachwycona Twoimi umiejętnościami, a tutaj mamy taką zwyczajnie odwaloną robotę. Nie twierdzę, że jest tragicznie, jednakże jak na Twoje możliwości, Autorko, jest naprawdę kiepsko. „Światło nad Innsmouth” da się przeczytać i zapomnieć, a Ty przecież potrafisz wbić człowieka w fotel. Nie rozumiem.

*


To może jeszcze tak dwa zdania ogółem. Historia o Octavii, Piekła, Twój styl to prawdziwy majstersztyk i wyborna uczta, jednak opowiadania ciągną cały blog w dół. Nie na dno (do dna naprawdę sporo jeszcze musiałabyś napisać gniotów), ale są dużo gorsze od tej pierwszej minipowieści. Mam wrażenie, że są dodawane tylko po to, żeby coś było, żeby mylog nie porzucił bloga lub z innego, lecz podobnego, powodu. Nie są przemyślane, powielają pomysły, schematy. A przecież wystarczy, żebyś usiadła, pomyślała i na pewno wymyśliłabyś coś genialnego. Jestem tego pewna.
4/6



Błędy — 19/30

Jako że nie zgłaszałaś wstępu do oceny, nie wypisuję z niego błędów, choć trochę ich tam było.

1. Logiczne/ rzeczowe
Historia o czarodziejce:
Mam jedną spekulację odnośnie tego fragmentu: „Nie miała pojęcia, co to jest, ale było przyjemne. A pierś Rene taka miękka i ciepła…” — wampiry są ciepłe? Martwe istoty ciepłe? Może to specyfika świata, ale z drugiej strony tym stworzeniom, do których należy Rene, nadałaś imię „wampir”, a to musi coś znaczyć i do czegoś zobowiązywać. Hm, kły to chyba trochę mało…
„Przez chwilę bez słowa patrzyli sobie w oczy. Błękitne, płonące piekielnym złem oczy czarodziejki i czarne, tchnące lodowatą grozą rozkopanego grobu oczy wampira. W tej chwili nie potrafiła stwierdzić, które są mniej ludzkie” — chodzi mi o ostatnie zdanie: skąd Octavia wiedziała, jakie są jej oczy? Wydaje mi się, że pasowałoby to ostatnie zdanie jakoś przerobić na narratora wszechwiedzącego.
9/10


2. Gramatyczne:
Historia o czarodziejce:
„(…)jednak przed rumowiskiem rosła kupka klejnotów, monet i innych bogactwa(…)” — zła odmiana, powinno być: „innego bogactwa”;
„(…)zaczął grzebać w plecaku. Po chwili wygrzebał sporej wielkości kamienny cylinder(…)” — powtórzenie;
„Żałował, że nie może zatrzymać czasu, zachować ją przy sobie(…)” — zachować jej przy sobie;
„(…)nie obchodziło ją to” — nie obchodziło (kogo? czego?) jej to;
„Chciały ukryć tą komnatę” — chciały ukryć (kogo? co?) tę komnatę; w bierniku stosuje się zawsze (chyba że to mowa) „tę”.

Księga pyłu:
„Zapewne zostały wydrukowane przez Arcymagów – świadczyła o tym doskonałość ksiąg, równo przycięty papier, wyjątkowo czysty druk i przede wszystkim bardzo ozdobną czcionka” — sam koniec zdania powinien poprawnie gramatycznie brzmieć tak: „przede wszystkim bardzo ozdobna czcionka”.

Adrian od cieni:
„(…)nawet najkrótszy promień srebrnej magii nie miał prawa nawet musnąć fundamentów” — powtórzenie;
„Złapała jego dłoń między swoje dłonie(…)” — wystarczą te pierwsze dłonie, aby uniknąć powtórzenia;

Pamiętnik Iskarczyka:
„Są niscy i krępi, ich skóra pociemniałej od słońca i zimna(…)” — skóra pociemniała (skóra może pociemnieć od zimna? chyba raczej powinna zsinieć?...);
„(…)nie byłem w stanie dostrzec upiornego pałacu na jego szczycie, jednak sama jego obecność powodowała u mnie dziwne uczucie niepokoju(…)” — powtórzenie.
3/5


3. Ortograficzne:
Historia o czarodziejce:
„Cała wiedza o niej pochodziła ze źródeł nie skażonych kairską cenzurą(…)” — przymiotniki z partykułą „nie” piszemy razem, więc: „nieskażonych”;
„To nie istotne” — „nieistotne”, razem;
„Doprawdy, jego bezczelność czasem doprowadzała czarodziejkę do pasji i przemożonej ochoty zmienienia go w coś małego i zdeptania” — nie „przemożonej” a „przemożnej”;
„Wyleciała z pałacu, nie chcąc nadwyrężać osłabionej już struktury świata” — nie „nadwyrężać", tylko „nadwerężać”.

Księga pyłu:
„O dziwo, jej światło sięgało tylko wzwyż, jakby nie śmiąc naruszyć odwiecznych ciemności(…)” — nie śmiejąc.

Adrian od cieni
„Trzymała w sobie potężne zaklęcie, którego echa zatrząsłyby posadami pałacu(…)” — zatrzęsłyby;
„Postać znowu zaskamlała, ale nawet nie próbowała się wyrwać” — zaskomlała;
„Zbliżał się okres godowy i były poddenerwowane (…)” — podenerwowane.

Światło nad Innsmouth:
„Skąd tyle ziemian na tym zadupiu?” — nie wiem, jak sprawy się mają w Piekłach, ale z tego, co mi wiadomo, Ziemian pisze się z wielkiej litery;
„(…)zdziwaczałego pisarza, zdaje się, że anglika" — hm, drugi raz pojawił się ten „błąd”, więc mam pytanie: to celowe?
2/5


4. Interpunkcyjne:
Po pierwsze — masz problem z zapisem dialogów. Na przykład:
„- Jesteśmy na miejscu. – Powiedział jeden z tiki – Screeg” — Chodzi o to, że kiedy po myślniku zapisujesz sposób powiedzenia danej kwestii, zapisujesz to małą litery (nawet jeśli jest tam pytajnik czy wykrzyknik lub też wielokropek), a jeśli bohater powiedział zdanie oznajmujące, nie zapisujesz kropki. To by było chyba na tyle wskazówek, nie zauważyłam innych błędów w tej dziedzinie.
Powiem ogólnie tak — błędów interpunkcyjnych niestety trochę jest, ale wydaje mi się, że to zależne jest od Twojej niedbałości lub po prostu zbyt szybkiego pisania i nie poprawiania tego przy ponownym czytaniu.

Historia o czarodziejce:
Mój pierwszy zarzut dotyczy sposobu zapisywania języka migowego bliźniaków. Na samym początku stosowałaś cudzysłowy, co było bardzo wygodne i przejrzyste — nie rozumiem więc dlaczego z tego zrezygnowałaś w późniejszych częściach? Nie powinnaś, ponieważ trudno było odróżnić zwykły akapit od wypowiedzi Tavika lub Navika.
To teraz błędy:
„Jest różnica miedzy strachem, a ostrożnością” — nie zawsze przed „a” stoi przecinek; nie ma go wtedy, gdy nie mówimy o rozdzielaniu zdań złożonych, jak w tym właśnie przypadku;
„Być może znajdowały się pod wodą, ale nikt nie kwapił się, do zweryfikowania tej opinii” — bez drugiego przecinka; po prostu brzmi lepiej czytane na głos;
„Od czubka do głowicy mierzyło niespełna dwa metry i zapewne ważyło więcej, niż Octavia” — bez przecinka przed „niż”;
„Gwałtownie wciągnęła powietrze do płuc, jednocześnie czując, jak te same, choć przecież inne płuca, zalewa ciecz” — przecinek po ostatnich płucach, bo trzeba oddzielić wtrącenie;
„Nowa Octavia popatrzyła na niego z bezgraniczną pogardą, po czym odważnie weszła w zasięg pola” — przed „po czym” stawiamy przecinek;
„Potem jednak skierowała uwagę na przezroczyste, ale doskonale widoczne, dzięki załamaniu światła, mosty, łączące tą dziwaczną „windę” z wyższymi poziomami” — przecinek jest potrzebny przed „dzięki”, ponieważ oddzielamy przecinkami wtrącenie;
„(…)to nie papierzyska, tylko arkusze tej samej substancji z jakiej wszystko tutaj zdaje się być zbudowane” — przed „z jakiej” powinien być przecinek;
„Nie podnosząc wzroku na skrybę, spytała(…)” — nie jestem pewna, czy ta zasada nadal funkcjonuje, ale wiem, że od 2005 roku oddzielamy przecinkami równoważniki imiesłowowe przysłówkowe od reszty zdania (takich błędów nie błędów jest więcej w treści, ale nie widzę potrzeby ich przytaczania;
„Tam światło, którym nasączyła wielką halę, nie sięgało” — przecinek po „halę”; wyróżniasz wtrącenie;
„Przechadzając się między pulpitami, dostrzegła coś jeszcze” — tutaj na pewno będzie przecinek przed „dostrzegła”, gdyż oddziela się równoważniki imiesłowowe przysłówkowe od reszty zdania przecinkami;
„(…)mruknął Omega, obserwując oddalającą się parę”;
„Mimowolnie wzdrygnął się wymawiając imię przeklętego boga” — przecinek po „się”;
„(…)duże, okna o półkolistych łukach(…)” — przecinek po „duże” jest zbędny;
„Do traktowania mnie, jak rzeczy?” — nie ma przecinka przed „jak”, kiedy porównujemy rzeczy;
„A jeśli Marek nie zechce traktować mnie, jak równego partnera?” — ta sama uwaga, co piętro wyżej;
„Jeśli legendy okażą się prawdziwe (a w Piekłach większość legend miała w sobie co najmniej ziarno prawdy), jej teoria właściwa, a siła wystarczająca…” — przed „a” w tym przypadku będzie przecinek; „a” rozdziela dwa zdania podrzędne;
„(…)zapis rozumiały tylko drowy, albo tlaloi o naprawdę niezwykłych umysłach” — bez przecinka przed „albo”, nie wymieniasz, więc jest zbędny;
„(…)ignorując ból, wyszeptała zaklęcie(…)”;
„Nie namyślając się długo, pchnęła odrzwia, ukazując(…)”;
„(…)których nie uwzględnił, układając dla nie specjalny program nauczania”;
„A fakt, że otaczające ją drowy doskonale o tym wiedzą, działał na nią jak płachta na byka” — tutaj rozdzielasz zdania złożone, więc po „wiedzą” pasowałoby postawić przecinek;
„Nie zastanawiając się długo, wychyliła zawartość za jednym razem”;
„Tam, gdzie przeszła, kwiaty więdły, a dywany wyrzucały kłaki wełny”;
„Nie przejmując się szukaniem schodów, po prostu skoczyła w dół”;
„W końcu stwierdziła, że skoro pseudodaimon jest czasowo spacyfikowany, może pozwolić sobie na chwilę zwłoki i delektowanie się znaleziskiem”;
„Po prostu kiedy kupcy z innych Piekieł przybyli na brzeg Jeziora, ujrzeli mnóstwo nowych(…)”;
„Teoretycznie Rada istniała, aby wspierać rozwój magii i magotechniki(…)”;
„(…)spędziła wiele dni, odczytując informacje zapisane na diamentowych płytkach”;
„(…)nieśmiało zasugerował jeden ze skrybów, ze zgrozą obserwując metody poznawcze Octavii? — niepotrzebnie użyłaś pytajnika na końcu zdania, powinna się tam znajdować raczej kropka.

Księga pyłu:
„Spędziłem wiele dni i nocy, próbując przebić wzrokiem ciemności(…)”;
„(…)który przeniknął mnie, gdy tylko dotknąłem okładki(…)”;
„(…)włosy upięła tak, żeby nie spadały jej do oczu”;
„Nic dziwnego, że Adrian bał się, że go pochłoną”;
„(…)tego samego, którym kiedyś łatała dziury we własnej duszy”.

Pamiętnik Iskarczyka:
„(…)zagrzebanych w górach śmieci, których nie było jak zniszczyć lub zawiniętych w stare, brudne koce i płaszcze”.

Światło nad Innsmouth:
„Nie rób sobie jaj, Brian, mów, o co chodzi”;
„Są dwie teorie, wierz, w którą chcesz”.
2/5


5. Leksykalne, słowotwórstwo:
Historia o czarodziejce:
„Istoty o muszkach ślimaków i czterech głowach” — a nie „muszlach”… chociaż u Ciebie to wszystko jest możliwe, nawet jeśli nie za bardzo potrafię sobie to wyobrazić.

Adrian od cieni:
„Blask bijący od alabastrowobiałej skóry” — alabastrowa skóra już jest biała, więc alabastrowobiała to jak masło maślane.
2,5/3


6. Literówki:
Hm, literówek jest bardzo dużo. Nie będę ich wypisywać, gdyż ta ocena zdecydowanie przekroczyłaby wszystkie unijne normy długości notek. Z ich poprawieniem jednak nie będzie problemów, ponieważ wystarczy, że przejrzysz jeszcze raz tekst i poprawisz, co trzeba.
0,5/2


W sumie uzyskujesz 111/160 punktów, co lokuje Cię w kategorii grosza warte. Cóż, historia o Octavi niewątpliwie warta jest co najmniej grzechu, jednak pozostałe opowiadania i szablon ciągną bloga jako całość niestety w dół. Nie czuję się zbyt komfortowo, wystawiając taką ocenę, ponieważ rozumiem, że niektóre z tych opowiadań było pisane na szybko, aby nie stracić bloga, jednak one są, więc trzeba z nimi teoretycznie coś zrobić. Wiem, że to raczej pobożne życzenia, ale mam nadzieję, że moja opinia o Twojej twórczości pchnie Cię do powrotu do Piekieł i napisania jeszcze mnóstwa jak nie lepszych, to równie wspaniałych historii jak ta o Octavii.

Silva



[komentarzy 3] skomentuj

Wyrazić opinię na temat oceny, serwisu lub oceniającego możesz na stronie zło konieczne.




10597
ulub
blog4u



Menu


Regulamin.
Kryterium.
Zapisy.
Kolejka.
Oceniające.
Ocenieni.
Konkurencja.



Archiwum


2006-2008
(mylog)

2009:
4; 5; 6; 7; 8; 9; 10; 11;