Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Ocena 73.
22.02.2010r. o 19.24
(
skomentuj;
Powrót)
Oceniam:
„co za pośpiech!”
turn-the-page
Wygląd — 27/30p.
1. Pierwsze wrażenie
Ach, ach, pamiętam jeszcze czasy, gdy reklam na mylogu — jak i na tym blogu — nie było i nic nie utrudniało mi odbioru. Z tymi tutaj jest o tyle gorzej, że nie siedzą, jak szanujące się reklamy, na górze, ale w połowie strony, zasłaniają mi tekst i pojęcia bladego nie mam, jak się ich pozbyć. Wygląda na to, że czeka mnie kopiowanie i wklejanie tekstów do Worda, a bardzo tego nie lubię. Niedobrze.
Ale, ale, przejdźmy do rzeczy.
Turn the page znam, a jakże, któż z mylogwych pisarzy i recenzentów nie zna. Opinie słyszałam różne, zawsze przynajmniej neutralne, co dobrze wróży. I przyznam, że czekałam niecierpliwie, kiedy wreszcie przyjdzie mi samej zapoznać się z opowiadaniem. Także dlatego, że — bądź co bądź — teksty z potterowskiego fandomu najlepiej mi się ocenia.
Nad wyglądem porozwodzę się piętro niżej. Z wcześniejszych przeglądów wiem, że to blog dopieszczony jak mało który, a na pierwszy rzut oka to widać.
A raczej — robiłoby, gdyby nie reklamy.
7/10p.
2. Szablon
Udało mi się na krótką metę pozbyć kolorowych i migających zaproszeń do gry w Lotto i kupna telefonu w razie wygranej, toteż wreszcie widzę całość. I owa całość prezentuje się bardzo ładnie.
Grafika całkiem ciekawie skonstruowana; choć przyznam, że tors w tle został przeze mnie dostrzeżony dopiero po przejrzeniu zalinkowanych w podpisie galerii. Pan na pierwszym planie ma bardzo interesującą fizjonomię i robi odpowiednie wrażenie. Tło dobrze zagospodarowane — czcionka na ciemnym tle jest widoczna, a beże i brązy nie męczą oczu. Ba, nawet linie w tym kolorze nie psują wrażenia, choć zwykle wyglądają dość topornie.
Pod grafiką mamy kilka cytatów z kanonu, zdaje się, że wszystkie z pierwszego tomu. O ile ten trzeci jest już koszmarnie wytarty na skutek częstego używania, o tyle dwa poprzedzające są mniej zużyte, a we trójkę brzmią jak powinny.
A teraz najlepsze, czyli menu: mapowane, z linkiem do strony, gdzie mamy kolejne odnośniki, a w nich wszystko, czego tylko mogłabym sobie zażyczyć. Proponowałabym tylko trochę inne ułożenie — na przykład teksty o opowiadaniu (pomysł, bohaterowie, kanoniczność, słowo odautorskie) powinny być obok siebie, bez przerwy na galerię szablonów, której najlepiej byłoby trochę niżej.
Zawartość strony została perfekcyjnie dobrana i opracowana — nic dodać, nic ująć. Nie zapomniano o najmniejszych szczególikach, każdy element tego szablonu współgra z innymi, nic nie pozostaje samemu sobie, wszystko ma swoje miejsce. Tak się powinno dbać o stronę techniczną, ot co.
15/15p.
3. Dodatki
Mamy księgę z odrębnym zagospodarowaniem strony, występującym także w archiwum — zdaje się, że wygląd został dopasowany do poprzedniego szablonu, ale to w niczym nie przeszkadza — spis treści i kilka tekstów o opowiadaniu, odnośniki do poprzednich ocen, galerię wcześniejszych szablonów — bardzo fajna rzecz, nawiasem mówiąc — oraz inspiracje muzyczne, co, zdaje się, jest ostatnio w modzie. A poza tym całkiem zgrabny avatar.
5/5p.
Treść — 63/100p.
1. Działy dodatkowe
Pierwsze, o czym należałoby wspomnieć, to — że istnieje kilka działów dodatkowych, odpowiednio rozplanowanych. Mamy dział o Autorce i słowo odautorskie, mamy kilka słów o pomyśle i o bohaterach oraz tajemniczy dział dotyczący kanoniczności. Początkowo zupełnie mnie to satysfakcjonowało, ale po bliższym przejrzeniu miałabym kilka uwag; prawdopodobnie pachnących z daleka zrzędliwością, ale skoro mam do czynienia z tak zadbanym blogiem, to nie mogę ich sobie darować; tudzież Autorce.
Przede wszystkim, należałoby trochę wzbogacić nawigację. Niby mamy menu mapowane, więc do niego zawsze można wrócić (o czym, niestety, ja wiecznie zapominam), ale przydałby się też odnośnik na stronę główną. Na przykład pod tekstem — ktoś kończy czytać i proszę, elegancko może przejść do strony głównej; a i nie zaszkodziłoby dodać przy okazji normalnego odnośnika do menu. Ja wiem, wiem, jest pod grafiką i zapewne normalni ludzie o tym pamiętają — ale dzięki temu Potencjalny Czytelnik mógłby od razu kliknąć w link, zamiast przesuwać najpierw stronę do góry. Zawsze to lepiej jeden link więcej niż mniej.
A teraz teksty. Główny zarzut, jaki do nich mam, to ten, że dużo w nich pisaniny, a mało konkretów. Mowa-trawa, jakby powiedział Harry, choć z drugiej strony wiadomo, że autorytetem w kwestii retoryki to on nie jest. Daruję dział o pomyśle, bo podejrzewam, że trudno w tej kwestii powiedzieć coś konkretnego o
Turn the page (zresztą, sama będę miała zaraz możliwość się o tym przekonać), daruję dział o Autorce, bo ten jest w miarę solidnie skonstruowany, a co mi się nie podoba, to już moja rzecz. Ale ten o bohaterach kłuje w oczy — złoto dla autora, który wpadnie na to, że nie musi tworzyć działu o postaciach po to, by napisać, że ich opisywanie jest nieprofesjonalne. Sądzę, że ta podstrona jest absolutnie zbędna. Tekst o Danielu zawiera się w treści opowiadania. Po co to powielać?
Co się tyczy działu o kanoniczności, sądzę, że jest zbędny. O tym, że Joaśka sama dobrze nie wie, co namieszała, nikomu nie trzeba przypominać; wystarczy wziąć pod uwagę to, że czas akcji ustalili czytelnicy, na podstawie
Komnaty Tajemnic, zanim droga Jo zechciała popracować nad konkretami. Sądzę więc, że ustalanie dat urodzin co do roku to przesada — zwłaszcza, że w opowiadaniu nie ma to żadnego znaczenia, ważna jest — ewentualnie — różnica wieku pomiędzy bohaterami.
I ostatnia rzecz — dział „słowo odautorskie”. Myślę, że tytuł „dedykacja” albo „podziękowania” pasowałby lepiej.
Najogólniej rzecz biorąc, wszystko, co piszesz, w jakiś sposób tekstu dotyczy, ale nie niesie żadnych konkretnych wiadomości. I bardziej przydaje się komuś, kto już jest obeznany z tekstem, niż komuś, kto pierwszy raz zagląda na bloga i chciałby się dowiedzieć, z czym ma do czynienia, by zadecydować, czy zostaje, czy idzie dalej. Nie wiem, być może
Turn the page to jeden z tych tekstów, w przypadku których trudno walić po oczach konkretami — ale sądzę, że w takim razie lepiej by się sprawdził jeden dział, być może właśnie swego rodzaju słowo odautorskie, w którym połączono by najważniejsze, a zrezygnowano z tego, co zbędne.
6/7p.
2. Pomysł
W
Turn the page mamy do czynienia nie tyle z pomysłem na opowiadanie, ile koncepcją świata. A wykreowanie w oryginalny sposób świata, co po raz kolejny przyjdzie mi powtórzyć, to jeszcze nie pomysł. Opowiadanie to historia, splot zdarzeń, ciekawych zdarzeń, o których autor opowiada czytelnikowi; przestrzeń jest tylko tłem. To, co sobie wymyślisz na temat świata, zyska funkcję inną niż zdobnicza li i jedynie wtedy, gdy będzie miało istotne znaczenie dla fabuły. A jakie znaczenie ma dla fabuły to, że czas akcji przypada na lata strachu i terroru wśród czarodziei? Ano, niewielkie. Ludzie słabi — jeśli chcesz twierdzić, iż pan Smith jest człowiekiem słabej psychiki — ulegający bardziej perswazyjnym, skłonni do agresji i przemocy żyją we wszelkich czasach, nie tylko okoliczności czynią ich okrutnymi czy wyzbytymi moralności. I dalej, odchodząc już od świata — czy skłonności Daniela wystarczają za pomysł, czy mają wpływ na to, co planujesz? Podejrzewam, że owszem, ale w obecnej fazie rozwoju historii nie jestem w stanie dostrzec tego, co faktycznie — jeśli nie świat, jeśli nie bohater — ma być głównym fundamentem opowiadania. Losy śmierciożercy-sadysty to dla mnie za mało.
6/10p.
3. Fabuła i akcja
Fabułę rozpoczyna prolog, bardzo obfity w fakty. Poznajemy głównego bohatera z czasów, gdy nie był jeszcze śmierciożercą — najpierw jako rozkapryszonego czterolatka, później wszechwiedzącego jedenastolatka, aż wreszcie pewnego celu, do którego zmierza, Hogwartczyka. Dużo tego jak na tak małą objętość tekstu, ale zabieg wydaje się uzasadniony — od czasów pana F. koncepcja jakoby nasze dzieciństwo decydowało o naszym życiu (czy może, delikatniej rzecz ujmując, w pewien sposób nas determinowało) jest bardzo popularna. Aczkolwiek sądzę, że lepiej by to wyglądało, gdybyś w prologu skupiła się na samym motywie ćwiczeń i dążeniu do celu, a dzieciństwo — złość, zazdrość, przekonanie o własnej wszechwiedzy — wplotła w tekst ciągły, na przykład w formie retrospekcji. Bo przy obecnym rozwleczeniu prologu w czasie nie jesteś w stanie opisać wszystkiego wyczerpująco i tylko zaznaczasz pewne rzeczy, jakbyś odhaczała je na liście, co tylko potęguje wrażenie chaosu i lakoniczności. Nie wiem, może tak miało być — niemniej mi to nie odpowiada.
W akcji właściwej Daniel jest dorosłym — przynajmniej oficjalnie — mężczyzną, którego życie koncentruje się wokół Voldemorta i jego działalności. Wszystkie inne elementy — rodzina, przyjaciele, kariera zawodowa — schodzą na drugi plan, ba, zostały całkowicie zminimalizowane; dla Daniela znaczenie ma tylko to, co śmierciożercze — i słusznie, wziąwszy pod uwagę jego fanatyzm.
Pierwsze zadanie, przy którym obserwujemy bohatera, to wyeliminowanie rodziny McGranhów — na tyle nierozsądnych, by otwarcie odmówić przystąpienia do szeregów Czarnego Pana. Warto zauważyć, że McGranhowie nie są dla Daniela obcymi ludźmi, to przyjaciele jego rodziny. Ale, jak się wkrótce okazuje, to bez znaczenia. Na jaw wychodzi nie tylko głębokie oddanie Voldemortowi — zaiste, bardzo ciekawa rzecz: Lordowi, nie sprawie — ale i szczególne okrucieństwo Daniela. Jak się okazuje, Daniel nie tylko jest śmierciożercą — jest też artystą, a jego specjalność to brutalne mordy, które zdają się budzić niechęć nawet u jego kolegi po fachu, Monroe’a.
Ale, ale: wróćmy do wydarzeń. Duet w osobach Daniela i młodego Avery’ego pojawia się późnym wieczorem przez domem wyżej wymienionych; pierwszy z nich podekscytowany tym, co go czeka, ten drugi — znudzony.
Bez większego trudu trafiają do domu i unieruchamiają swoje ofiary — panią i pana McGranh. Monroe wyraźnie chciałby szybko z nimi skończyć, by nie brudzić sobie zanadto rąk, ale Daniel ma inne plany — bardziej krwiste, że się tak wyrażę. Zanim jednak przechodzi do czynu, wdaje się w mało intrygującą polemikę z panią McGranh, przyjaciółką matki, której ma wiele do zarzucenia. Przyznam, że niezbyt mi się to podobało — poziom dyskusji jest zatrważająco niski; pół biedy z Danielem, w końcu jest jeszcze młody — to i głupi, chociaż psuje tym wrażenie wyrachowanego złoczyńcy, jakie zwykle robi; ale Abigail McGranh? To starsza kobieta, nie nastolatka, mając w bliskiej perspektywie śmierć mogłaby zdobyć się na coś innego niż „Zawsze wiedziałam, że jesteś nienormalny” i „Pożałujesz tego”. Ale kto wie? Ostatecznie nie znajdowała się w zbyt komfortowej sytuacji, trudno, by zdobywała się na elokwencję.
Tymczasem na jaw wychodzi nieobecność latorośli państwa McGranhów, Katherine. Dziewczyna zjawia się, gdy jej rodzice są już na drodze do lepszego świata, a opuszczony przez Avery’ego Daniel
sprząta po sobie (jedno „ale”: usuwa wszystko, co wskazuje na udział czarodziei, a jednocześnie pozostawia Mroczny Znak, by było to oczywiste? bo przecież nie mógł usuwać swoich śladów, Daniela Smitha — raczej się nigdzie nie podpisywał, a wątpię, by czarodzieje szukali śladów DNA na dywanie). Dość niefortunny moment na powrót sobie wybrała, ale trudno przypuszczać, by została oszczędzona, gdyby zjawiła się później. O dziwo, po krótkiej pogawędce ujawniającej, że Katherine nie zamierza bać się go, Daniel nie uznaje za stosowne pozbyć się niewygodnego świadka; tłumacząc sobie, że dziewczyna może się przydać Czarnemu Panu — do czego? trudno stwierdzić — zabiera ją ze sobą. Gdzie? Do Severusa Snape’a, znanego, jak się okazuje, ze zdolności oklumencyjnych. Ten jednak, jak już wiemy, miłosiernym samarytaninem nie jest; żąda informacji za informację, tym samym zgoła niepotrzebnie zdradzając się z nadal trwającą obsesją na punkcie Lily Evans-Potter. Niezbyt mądrze z jego strony — taak, zrzućmy wszystko na alkohol — ale ostatecznie nie ma do czynienia z kimś, kto umiałby odpowiednio wykorzystać tę wiedzę.
Tak więc Katherine i Daniel wyruszają, by śledzić państwa Potterów, a Snape na przeszpiegi dla Czarnego Pana. I tu coś się dzieje z czasem, bowiem mamy sierpień 1980 roku, Harry jest już na świecie, a tymczasem Snape podsłuchuje słynną przepowiednię Sybilli Trelawney z minionej zimy. Jeśli to wydarzenie miało się pojawić w formie retrospekcji, to proponuję to wyraźniej zaznaczyć, bo w obecnym stanie wszystko wskazuje na to, że Harry po prostu nie jest dzieckiem z przepowiedni; a to podsłuchanie — brzydko mówiąc — wyskakuje ni z tego, ni z owego i jest zupełnie zbędne.
Wieczorem młody Smith z córką McGranhów ponownie pojawia się u Snape’a. Severus zostaje uraczony niezbyt mu miłymi wiadomościami o szczęśliwym pożyciu Potterów i w tym gniewnym nastroju wkrada się w myśli Katherine. Po chwili stwierdza to, co oczywiste — dziewczyna jest bezużyteczna. Daniel kurtuazyjnie proponuje jej wybranie miejsca, w którym dokona żywota, a ponieważ panna nie ma ochoty współpracować, uśmierca ją humanitarną Avadą, co dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę jego zamiłowania.
Scena ostatnia przedstawia nam jeszcze Daniela karanego przez Czarnego Pana za opieszałość w mordowaniu Katherine. Dlaczego tak bardzo mu przeszkodziło kilka godzin zwłoki — nie wiem, ostatecznie i tak wszyscy uważają, że zmarła z rodzicami; może po prostu Lord i Daniel mają więcej wspólnego niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Tak czy inaczej scena jest dobra, mocna i wyraźnie zamyka część pierwszą.
No dobrze, więc podsumujmy: ofiara, która nie boi się swojego oprawcy — dzięki czemu zyskuje czas, by mu o tym opowiedzieć — to dość częsty motyw. Powiem szczerze, że opracowanie go wyszło ci dość sztucznie. Brak strachu przed śmiercią w obliczu tego, co może się stać, jeśli przeżyje, jest zrozumiały; ale brak strachu przed bólem — bo przecież widzi, co Daniel zrobił z jej rodzicami — już trochę mniej. Kolejne kwestie Katherine to powielenie tego, co już ktoś kiedyś w podobnej sytuacji powiedział i nijak mnie nie przekonują. Zwłaszcza mowa pożegnalna robi złe wrażenie. I nawet nie jest to kwestia treści — bo to, co Katherine mówi, jest na swój sposób naturalne — ale formy, doboru słów, o czym, być może, powinnam pisać przy stylu. Wyszło zbyt patetycznie, zbyt teatralnie, na pokaz — jakby stała na scenie i układała przemówienie do widza. A tymczasem powinna wywrzeć takie wrażenie, by widz zapomniał o swoim istnieniu i widział tylko Katherine i Daniela.
Druga część, podobnie jak pierwsza, dotyczy kolejnego — tym razem może nieco większego — przedsięwzięcia Voldemorta; a konkretniej rzecz biorąc — napadu na pociąg Londyn-Hogwart. Przyznam, że mocno to naciągane. Nie chodzi o sam pociąg, bo to częsty motyw — choć wybijanie bezbronnych uczniów tylko po to, by wkurzyć Dropsa, to idiotyzm — zbyt duże ryzyko przy żadnych korzyściach. Ale twoje założenia Voldemorta są po prostu niepoważne. Pół biedy z podziałem i wybijaniem wszystkich prócz Ślizgonów — choć on sam powinien najlepiej wiedzieć, że złe skłonności są w różnych ludziach, w końcu jego śmierciożercy wywodzili się z różnych domów; a uśmiercanie potencjalnych przyszłych zwolenników jest głupie. To jednak jeszcze da się przeboleć, to — znów — rzecz typowa dla fanonu. Ale Voldemort nijak nie mógł założyć, że dzieci jego śmierciożerców należą tylko do Slytherinu; zaś zabicie ot tak, przy akcji, dzieci kilkunastu lub kilkudziesięciu śmierciożerców to zbyt duże ryzyko — przecież natychmiast mogliby się zbuntować, a bunt tak dużej grupy nie przejdzie bez echa. Zbyt duże ryzyko, Voldemort nie byłby na tyle głupi; Voldemort karał tych, którzy go zawiedli, ale nigdy nie dałby odczuć ogółowi śmierciożerców, że tak nisko ich ceni — przeciwnie, on ich wywyższał, kazał im myśleć, że wraz z rodzinami są w znacznie lepszej sytuacji, są bezpiecznie. Dlatego ten plan jest nieprawdopodobny psychologicznie. A ostatni gwóźdź do jego trumny to poleganie na szatach — na bór, spora część przebierała się przy samym Hogsmeade, ktoś mógł zapomnieć, ktoś, dla zabawy, mógł zmienić sobie kolor, pierwszoroczni byli nieprzydzieleni — na dzieciakach nigdy nie można polegać w poważnych planach; aż wreszcie — kolorowe były tylko obramowania, całe szaty są czarne i na pierwszy rzut oka się nie różnią; a w zamieszaniu, jakie powstaje, gdy dzieje się coś groźnego, trudno raczej szukać koloru po rękawach.
Do napadu oczywiście dochodzi i wszystko toczy się niemal zgodnie z planem, a Daniel po raz kolejny ma okazję się popisać. Najwyraźniej jeszcze nie zauważył, że jego mugolskie sztuczki i tracenie czasu niezbyt podobają się Lordowi, ale kto wie — może kiedyś faktycznie przyjdzie mu stanąć przed wyborem Czarny pan albo sztuka?
Jak to się zakończyło — trudno stwierdzić, zapewne interwencją aurorów. Dość, że pewna część uczniów zdołała dotrzeć do szkoły, by wysłuchać wyjątkowo kiepskiej mowy Dumbledore’a. Na Merlina, wystarczy zestawić to, co powiedział po śmierci Cedrika, z tym, co ty, Lori, serwujesz po zamordowaniu dziesiątek uczniów. Kontrast jest olbrzymi i działa na twoją niekorzyść.
Kolejne zadanie Daniela ma dotyczyć państwa Longbottomów i przyznam, że jestem bardzo ciekawa, jak się to rozegra — pamiętając, rzecz jasna, o kanonicznej wersji ich końca.
Tymczasem zaś Daniel ma na głowie inne sprawy. Lordowi najwyraźniej nie podoba się rodzina Smithów i postanawia się jej pozbyć. Tak więc Daniel, wykorzystując zaproszenie na urodziny matki, trzydziestego września pojawia się w domu rodzinnym i z gracją przystępuje do działania.
Tak mniej-więcej przedstawia się główny tor opowieści; ale nie jest to przecież tekst jednowątkowy. Poza Danielem mamy kilka postaci, których perspektywa sporadycznie wymienia się z perspektywą Daniela. Jest więc Lucjusz, który ma swoje prywatne porachunki z Czarnym Panem i dzięki któremu wkraczamy — zbyt delikatnie i aluzyjnie, jak na razie — w wątek Regulusa. Są inni śmierciożercy, z których każdy ma swoje pięć minut — Snape, Bellatrix czy, na razie ciągle drugoplanowy, Avery junior. Są Potterowie razem z Huncwotami, bez których raczej trudno opowiedzieć historię tych czasów — ostatecznie to oni odegrali główną rolę w unicestwieniu Voldemorta. Jest Dumbledore, który ma swoje własne, tajemnicze plany. I są Hogwartczycy, zwłaszcza Ślizgoni, którzy zdecydować, po której stronie znajdą się w tej wojnie.
O ile treści dotyczące Daniela jestem w stanie sobie uporządkować, a jeśli mam co do czegoś wątpliwości, to raczej do przedstawienia niż samego ciągu fabularnego — o tyle te wszystkie wątki poboczne są dla mnie zbyt chaotyczne. Kolejne osoby — Greyback, młody Yaxley, Americana i Elizabeth — pojawiają się ni z tego, ni z owego; i chociaż przy dalszym rozwoju historii w naturalny sposób by się w nią wtopili, to obecnie zwyczajnie mi przeszkadzają. Chaos, chaos, chaos. Brakuje mi w tym porządku, jasnego stwierdzenia, że ten bohater jest bardzo ważny, a ten mniej, to wydarzenia ma znaczenia dla fabuły, a to tylko ma za zadanie pokazać bohatera, zbudować klimat.
Cóż rzec: mamy akcję, mamy fabułę. Ale fabuła — ta, którą (przepraszam, może moja wina) potrafię dostrzec i jasno określić — obejmuje li i jedynie działalność Daniela w kręgach Lorda. Na dodatek brak mi ściślejszych powiązań między kolejnymi działaniami Daniela — bo jak na razie każda część to poniekąd osobna historia. I byłoby to do wybaczenia jako wstęp do opowiadania, zarys sytuacji — ale poświęciłaś im zbyt wiele uwagi, by je tak potraktować.
Natomiast jeśli chodzi o wszystkie wątki nieobejmujące Daniela — potrafię je odznaczyć tylko sygnalnie; wiem, że funkcjonują, wiem, że coś z nich będzie. Ale na razie jeszcze nie wiem co, nie widzę tego.
14/20p.
4. Bohater główny
Daniel Smith, rzecz jasna. Myślę, że to, co najważniejsze, już wyszło na jaw przy fabule, ale pozwolę sobie powtórzyć. Otóż: Daniel jest przede wszystkim śmierciożercą. Jeszcze w Hogwarcie, jako młody chłopak, uczył się tego, co mogłoby mu się przydać w służbie Czarnemu Panu, zaś dorosłe życie podporządkował jemu. Jako śmierciożerca jest też mordercą, co powinno wynikać jedno z drugiego, ale w rzeczywistości wcale tak nie jest; sadystyczne skłonności zapewne wyszły by na jaw wcześniej czy później, z Voldemortem czy bez niego. Ponieważ zaś ma możliwości, Daniel się rozwija; i staje się — w swoim mniemaniu — artystą w sztuce, jaką jest brutalne, okrutne i wyjątkowo nieestetyczne zabijanie.
Pod tym względem Daniel chyba nie zna granic; za symboliczne ich przekroczenie można by uznać moment zachwytu nad
dziełem Greybacka, ale może nie posuwajmy się do takich wniosków. Powiedziałabym, że w tej jego działalności objawia się niedojrzałość i brak rozsądku — wyjątkowy brak rozsądku, wziąwszy pod uwagę sytuację. Pomyślałabym, że śmierciożerca powinien być ostrożny, wyrachowany, ale: szybki i zręczny; ostatecznie z jednej strony musi uważać, by nie wpaść (przy okazji: zupełnie pomijasz reakcję ministerstwa na Voldemorta i wszystkie te mordy, jeśli je komentujesz — to przez Dropsa, Zakon i uczniów; a gdzie władza?), z drugiej — by nie podpaść swojemu mistrzowi. Daniel zdaje się zupełnie nad tym nie zastanawiać; zbyt wiele pozostawia w rękach przypadku. To niedopuszczalne; i, co gorsze, gryzie się trochę w moim postrzeganiem ślizgońskiej przebiegłości.
Ale, ale — skupmy się może na kreacji. Ta zaś ma się całkiem dobrze — o ile ten brak rozsądku to rzecz zamierzona. Dobrze prowadzisz Daniela przez kolejne zabójstwa, nieźle radzisz sobie z ukazaniem charakteru przez pryzmat działań, co zawsze — i jako recenzent, i czytelnik — bardzo cenię. Natomiast mam ci do zarzucenia to, że zbyt często pewne rzeczy podajesz na tacy i jednocześnie oceniasz Daniela; ot, scena przy Voldemorcie, w której opisujesz podział śmierciożerców na głupich i świadomych, bez wahania umieszczając go w tej pierwszej grupie. Dobrze to uzasadniasz innym momentem — atakiem na Goyle’a przed napaścią na pociąg — ale ten pierwszy moment po prostu źle wyglądał. Nie można mówić czytelnikowi (wrażenie pogłębia twoja specyficzna narracja) „bohater, którego losy śledzisz, jest głupi”. To nieeleganckie. Zauważ, że literatura unika takich stwierdzeń. W literaturze bohater może być zły, może mieć przestawione priorytety, odmienny światopogląd; może to doprowadzić do jego zagłady. Ale dobry autor nigdy nie mówi „On był idiotą, patrz, źle skończył”. Przeciwnie; autor tym lepszy, im dyskretniej szepnie „Źle skończył, jak myślisz, dlaczego?”.
Nie widzimy natomiast Daniela-człowieka. Objawia się jako taki w prologu — ten wrzaskliwy, zazdrosny smarkacz i dzieciak z przerostem ambicji. Później widzimy już tylko drobiazgi: niechęć do mugoli i przedmiotów mugolskich, sprzeczna z uzależnieniem od używek, ciekawość (a może tylko zaintrygowanie daną osobą?), gdy chce wiedzieć, co myśli Monroe i co ukrywa na piętrze, popędliwość, gdy rzuca się na Goyle’a. DO pewnego stopnia jest to uzasadnione: bohater twojej opowieści na być głównie śmierciożercą, a więc w pewien sposób musi być uniwersalny. Ale musi też być człowiekiem, musi mieć rozwiniętą osobowość; opowiadanie to nie przypowieść, kreacja musi być pełna — inaczej żaden czytelnik go nie kupi. I tego mi właśnie brakowało.
11/15p.
5. Pozostali bohaterowie
Bohaterowie drugoplanowi nie są, niestety, tak charakterystyczni jak Daniel; a jeśli są — to nie udało ci się tego ukazać. Twierdziłabym jednak, że to raczej kwestia braku chęci, nie umiejętności.
Zacznę od kręgu śmierciojadów i tego, kto znajduje się w centrum ich uwagi, czyli Voldemorta. Tyle razy już mówiono, że to trudna postać, że nie ma sensu tego powtarzać. Niemniej jednak twój Voldemort to jeden ze słabszych, z jakimi się spotkałam. Tyle razy wspominasz o psychologii przy Danielu, iż wydawało mi się, że znasz ją przynajmniej nieźle — choćby z czysto laickiego zainteresowania. Tymczasem Voldemort to jeden wielki brak prawdopodobieństwa psychologicznego, nawet jeśli wziąć pod uwagę jego psychiczne odejście od normy.
Zacznijmy od tego, że twój Voldemort jest okropny, zły i wstrętny ot tak, bez żadnego celu; to ktoś, kto dużo — i kiepsko, to trzeba dodać — mówi, a niewiele robi. Jego plany — mam tutaj na myśli napad na Hogwart Ekspres — są śmiesznie dziecinne. Jego działania znikome. A jego postępowanie z podwładnymi to ślepa uliczka. Voldemort, jakiego ja widzę, to mistrz słowa i perswazji — on zwodzi, mami, czaruje; mieliśmy próbkę jego zdolności w szóstym tomie. Tymczasem twój Voldemort pokrzykuje. Warczy na śmierciożerców, ledwie się pojawią. Nie jest nawet zadowolony, kiedy coś idzie po jego myśli; że kara, kiedy ktoś nawali, to nic nowego. Ale grożenie Lucjuszowi śmiercią syna-jedynaka (przy całym szumie o czystej krwi, dziedziczeniu i tak dalej) za nieodpowiednią minę — przecież to czysta głupota. Abstrakcja, jeśli chodzi o Voldemorta.
Można by założyć, że w tym czasie Czarny Pan jest u szczytu potęgi i nie musi już budować swojej pozycji ani kusić nowych szeregowców, bo wszystkich już ma. Ale mimo to myślę, że takie niepotrzebne narażanie się na bunt nie jest w jego stylu. A już nic nie uzasadnia braków w osobowości.
Następny w kolejce jest Lucjusz, ale o nim zbyt wiele nie mam do powiedzenia. Podstawowy błąd w konstrukcji to lucjuszowe słownictwo — oczekiwałabym więcej klasy po Malfoyu. Ale tutaj możemy polemizować. Trudno mi jednak przyjąć jego postępowanie z dziennikiem. Nie wierzę, by ktoś taki jak on — kto, na dodatek, nie może się czuć zbyt pewnie na skutek ostatnich gróźb Voldemorta — beztrosko zostawił sobie wykonanie osobistego polecenia Czarnego Pana na później, na ostatnie piętnaście minut (sklepy zamykają o osiemnastej, tak? a skąd pewność, że ktokolwiek będzie robił zakupy przed samym zamknięciem, na bór?!) i w dodatku dał się zagadać żonie. Nie, to tak nieprawdopodobne, że aż śmieszne.
Skoro już tu jesteśmy, zostańmy w rodzinie. Bellatrix jak na razie pojawia się fragmentami, raz we wspomnieniu, raz jako zażarty wróg Daniela. Ukazujesz ją jako kobietę szaloną, absolutnie zafascynowaną Czarnym Panem i nie widzącą świata poza nim. Jak mawia moja mama — każda przesada to przesada; ja zaś prywatnie wystrzegam się wszystkich wartości skrajnych, a w kreacji Belli właśnie takie przyjmujesz. Ale nie kłócę się; jeśli ktoś ma zadatki na bohatera skrajnego, to właśnie Bellatriks. Ale sądzę, że wypadałoby trochę to uprawdopodobnić. Bo jak na razie to jest ta sama sytuacja, za którą krytykowałam przy Danielu — mówisz, że Bellatriks jest szalona i ogarnięta namiętnością do Czarnego Pana; mówisz, nie unaoczniasz.
Jasny promyczek wśród tej gromady to młody Avery — być może dlatego, że niewiele o nim napisano i okryty jest tajemnicą. Ale to działa na jego korzyść. Monroe to Ślizgon z krwi i kości, co widać zwłaszcza w zestawieniu z Danielem — rozsądny, uważny, opanowany; wie, co ma robić, i robi to. A co najlepsze — nie ma w tym żadnej przesady. Monroe, przy całym swoim śmierciożerstwie, jest normalny — ani nie pała miłością do Voldemorta, ani nie rozpacza nad zmarnowanym życiem.
Ostatnim śmierciojadem, który wystaje przed szereg, jest Snape. Tego pana mamy sporo w prologu i pierwszej części, potem nam znika. Widzimy go przede wszystkim jako młodego mężczyznę, złamanego przez nieodwzajemnioną miłość do szlamy, co jest, zdaje się, tajemnicą poliszynela. Niezbyt to miłe w zestawieniu z imieniem Severusa, ale, o dziwo, wychodzi dość realistycznie. Przynajmniej w obliczu siódmego tomu. A że jednocześnie ukazujesz Snape’a jako wrednego, nieużytecznego typa, mającego swoje fobie — wszystko jest w porządku.
I tyle w kręgu Voldemorta.
Jeśli chodzi o Jasną Stronę, mamy przede wszystkim Dumbledore’a, ale stanowi on raczej postać epizodyczną. Jest oczywiście głową Hogwartu i największym wrogiem Mrocznego Pana — i w zasadzie tyle.
Bardziej skupiasz się na Potterach, choć ich także określasz tylko kilkoma cechami czy zachowaniami. Lily jest dosyć typowa — ot, ta sama Evans, która przyjaźni się ze Snape’em, nie dostrzegając jego uczuć, i ignoruje Pottera, bo widzi je aż zbyt wyraźnie; a potem jednak stwierdza, że James jest miłością jej życia. Dorosła Lily jest dobrą żoną i troskliwą matką, może trochę zbyt zaborczą, ale czego innego oczekiwać w tych czasach?; wciąż pamięta o dawnej zażyłości z Severusem i chyba nie chce zapomnieć. Zdziwiło mnie natomiast to, co dodałaś kanonicznemu Jamesowi: tę samą pamięć o Snapie, która jednak sprawia, że Potter nie do końca jest szczęśliwy. To bardzo ładny motyw, ale myślę, że trochę przesadziłaś w kwestii wspominania Hogwartu. Myślę, że James przeżył tam wiele wspaniałych chwil — miał przyjaciół, grał w quidditcha i wszyscy go uwielbiali — i nie cierpiałby na wspomnienie szkoły tylko dlatego, że Lily przyjaźniła się wtedy z Severusem. To nie ten typ. Zresztą, ostatecznie to on zatriumfował nad wrogiem, jeszcze w Hogwarcie, więc tym bardziej to miejsce nie powinno być mu tak niemiłe.
Huncwoci, Moody i Longbottomowie pojawiają się w drobnych fragmentach i zwykle po prostu pokrywają się z tym, co wiemy o nich z kanonu i fanonu. To dobrze — ale też nie wprowadzają oni nic nowego.
Wypadałoby jeszcze wspomnieć o częściej pojawiających się postaciach z Hogwartu. Najwięcej miejsca poświęcono, rzecz jasna, Katherine — ostatecznie miała dla siebie całą część. Ale ta kreacja nie wyszła ci zbyt dobrze, Lori. Przede wszystkim Katherine, jak już wspominałam, wpisuje się w pewien typ — ofiary, która nie boi się mordercy; i znów: nie wychodzi spoza tego typu. Nie ma raczej możliwości ujawnić się jako indywidualny charakter, bo przecież od momentu pojawienia się do śmierci wie, że umrze, więc trudno, by skupiała się na czymś innym. Ale zabrakło mi jakiegoś szczegółu, czegoś tylko jej — odważenie się na stosunkowo swobodną rozmowę z Danielem to jeszcze nie to. A jeśli chodzi o jej rolę ofiary — Katherine jest nieprawdopodobna, głównie za sprawą zbyt sztucznych wypowiedzi. Wypada bardzo patetycznie, co można by właściwie wybaczyć, ale — tylko przy ładniejszej oprawie tego patosu.
W Hogwarcie króluje Seward Yaxley, Ślizgon, który, najwyraźniej, zajmuje się rekrutacją nowych w szeregi Czarnego Pana. Dlaczego — pojęcia nie mam, bo wygląda na dość głupiego i, podobnie jak Daniel, zupełnie nieostrożnego. Wspomaga go Americana, kuzynka Daniela — dziewczę wyraziste, prześmiewcze i dość rozsądne, ale zapewne nie w kwestii śmierciożerstwa; o ile, rzecz jasna, można to wywnioskować na podstawie jednej sceny i listu. A propos listu — niepokoi mnie jedna sprawa; nie sądzę, by jakikolwiek podrzędny śmierciożerca wiedział, że Pettigrew jest podwójnym agentem (wiemy z kanonu, że Voldemort w ogóle unikał zdradzania tożsamości swoich podwładnych nawet im samym, a co dopiero człowieka, który był jego kartą przetargową — wystarczy spojrzeć, jak w czwartym tomie kryje nazwisko Barty’ego Croucha), a co dopiero jeszcze niewtajemniczona uczennica Hogwartu — przecież to absolutnie niebezpieczne; a gdyby ta uczennica pisała o tym ot tak w liście do kuzyna, to po pierwsze — Drops doskonale by wiedział o szpiegostwie Glizdogona, a po drugie — Voldemort by dopilnował, by dziewczyna więcej już nic nie napisała.
W ostatniej opublikowanej części pojawia się jeszcze jedna osoba, która — zdaje się — będzie miała jakąś większą rolę do odegrania: Elizabeth Padmore, Krukonka i koleżanka Katherine. Elizabeth jest osobą pozornie świadomą zagrożenia i podejmuje decyzję o poparciu Voldemorta w nadziei na uratowanie siebie. Dobry motyw, gdyby w niego wnieść trochę filozofii — ale jeszcze zobaczymy, co z tego wyniknie; podobnie jak z samej Elizabeth.
(A tak na marginesie: „A przecież od zawsze było wiadomo, że Krukoni bywali pod tym względem...
nieprzeciętni” — bardzo ładna aluzja; o ile, rzecz jasna, to faktycznie aluzja.)
Cóż rzecz — mało przykładasz się do bohaterów drugiego planu; występują, bo muszą, natomiast jeśli chodzi o charakter, to niewielu coś takiego posiada. Można by to od biedy przyjąć, gdyby faktycznie stanowili tylko drugi plan i tło; ale Potterowie, Lucjusz i Elizabeth zyskują własną perspektywę, prywatny wątek — muszą więc być bardziej wyraziści.
Twoja pięta achillesowa — do której wrócę przy stylu — to dialogi. Twoi bohaterowie mówią bardzo sztucznie i przez to sami wydają się nieprawdziwi. Oczywiście, postać literacka z założenia jest nieprawdziwa — ale o to właściwe chodzi, by czytelnikowi wydawała się rzeczywista. Twoim postaciom tego brakuje. Czytając, nijak nie można zapomnieć, że to tylko słowa na ekranie monitora. Musisz, po pierwsze, popracować nad słownictwem, urzeczywistnić je — język mówiony zdecydowanie różni się od pisanego, mało kto mówi poprawnie, a cóż dopiero literacko. A po drugie, kiedy już opanujesz język mówiony, musisz go różnicować przy różnych postaciach — inaczej będzie mówił Voldemort, pan i władca, inaczej Lucjusz, arystokrata, inaczej Daniel, młody fanatyk, inaczej Dumbledore do zgromadzonych dzieci, inaczej siedemnastoletni Ślizgon. I o ile czasami udaje ci się to oddzielić (Elizabeth, na przykład, starasz się oddać tym dialogiem — waha się, myli, poprawia), o tyle te wypowiedzi nadal są nienaturalne.
Dialog to taki środek, za pomocą którego ukazujesz bohatera — właściwie chcąc nie chcąc. Bo możesz stworzyć dobrą, wielowymiarową postać, ale jeśli nie umiesz sprawnie posłużyć się dialogiem — to będzie jej czegoś brakowało i to natychmiast wyjdzie na jaw, bo przecież bohater musi mówić. Dlatego musisz ten dialog opanować, przynajmniej na tyle, by stał się niezauważalny. Temat kontynuuję przy stylu.
8/15p.
6. Świat przedstawiony
Akcja toczy się w roku 1980, czyli na kilkanaście miesięcy przed upadkiem Czarnego Pana; w Anglii — mamy Londyn, Hogsmeade, Hogwart i — być może — kilka innych, bliżej nieokreślonych miejsc. W tej kwestii jesteśmy całkiem nieźle poinformowani.
Świat przedstawiony funkcjonuje i jest stosunkowo namacalny: wiemy, w jakiej przestrzeni znajdują się bohaterowie i co ich otacza. Opis ma się nieźle; wiesz, do czego służy, i potrafisz ukazać czytelnikowi obszar, w którym bohater się porusza.
Gorzej jest, niestety, z obyczajowością i tekst poważnie na tym cierpi. Jeśli spojrzeć na daty, są to lata, gdy Voldemort był u szczytu potęgi, miał niemal wszystko — tymczasem w ogóle tego nie czuć. Czarny Pan zachowuje się, jakby wpadł w jakąś potężną monotonię i szedł wyznaczonym torem — zaginięcia, porwania, zabójstwa niewiernych, ataki na dużą grupę ludzi. A gdzie jakiś Wielki Plan, określony cel, do którego by dążył? Gdzie jego władza? W siódmym tomie zdobywa ministerstwo i Hogwart, dwie najważniejsze instytucje magiczne są u jego stóp; nie twierdzę, że wcześniej musiał mieć to samo, ale wydaje się, że przynajmniej powinien do tego dążyć. Tymczasem Voldemort o nic nie zabiega, w nosie ma rządzenie światem i nawet, zdaje się, nieśmiertelność — spokojnie każe zabijać kolejne osoby, których nazwiska znamy z kanonu — i tyle. To poważny błąd z twojej strony, Lori.
A ma on jeszcze swoją drugą stronę — tych potencjalnych ofiar. Zatrzymujesz się przy postaciach takich jak Drops, Potterowie i inni członkowie Zakonu Feniksa, więc ta sytuacja powinna być ukazana także z ich perspektywy. I jest, ale tylko na zasadzie „Uwaga, Voldemort morduje, mogę być następny”. A gdzie atmosfera grozy i tajemniczości, gdzie brak zaufania, gdzie lęk przed każdym nieznajomym, gdzie obawa o życie, niepewność jutra? Nigdzie. Jeśli występuje, to w minimalnych ilościach.
Zabrakło mi tej katastroficznej wizji świata, a przecież to takie specyficzne czasy, jest tyle możliwości. Przecież — to właśnie o realiach tych czasów chciałaś napisać. I nie napisałaś.
Kolejna sprawa to krąg śmierciożerców, w którym się obracasz. Ta zależność Voldemort-śmierciożercy, cały system, to nie otwarta furtka, ale olbrzymia brama… z której niemal nie korzystasz. Jestem pewna, że wiesz, co mam na myśli; wymyślono już mnóstwo rzeczy na ten temat, wewnętrzne kręgi, Straszne Dwory i tym podobne. Tymczasem ty tylko od przypadku do przypadku wspomnisz o pewnych regułach, niepisanych zasadach i mentalności śmierciożerców — podczas gdy mogłabyś stworzyć pełny obraz sytuacji. Dobrze zaczęłaś z Goyle’em i w kilku innych fragmentach poświęconych śmierciożercom, którzy wiedzą już, że są przegrani — rozwiń to. I, na bór, nie rób tego, co tylu przed tobą, nie ograniczaj — śmierciożercy na pewno nie dzieli się na miłośników lorda i tych, którzy nie mogli się już wycofać, musiały być jeszcze inne grupy — ci, którzy popierali samą ideę, ci, którzy lubili przemoc, ci, którzy wykorzystali sytuację, by zyskać pieniądze lub stołek w ministerstwie, ci, którzy się bali, ci, których zmusiła rodzina, ci, którzy sami nie wiedzą, jak to się stało i oszaleli ze strachu. Opisz to. Bo o ile, faktycznie, Daniel może w swoim zaślepieniu nie zauważać tych rzeczy — o tyle przecież jego perspektywa nie jest jedyną.
Kolejna sprawa: nie zapominaj o ministerstwie. Mało kto ma tego świadomość, ale Voldemort to przede wszystkim ministerialna sprawa. W końcu jest przestępcą i prowadzi własną politykę, chce obalić władzę i zmienić system; a ponadto realnie zagraża bezpieczeństwu czarodziejów. Kto ma obronić społeczność? Nauczyciele Hogwartu? — szkoła zatrudnia, kogo musi, co widać choćby po nauczycielach obrony przed czarną magią, profesorowie nie przechodzą żadnych specjalnych szkoleń; Zakon? — oficjalnie nie istnieje; każdy siebie? — przecież tak rodzi się anarchia! Nie, nie i nie — ministerstwo, li i wyłącznie ministerstwo. I ja wiem, że ministerstwo nic nie może, ale wersja oficjalna jest zawsze inna od faktycznej; a oficjalnie ministerstwo musi robić cokolwiek, bo to jego zakichany interes. A jeśli ministerstwo jest skorumpowane i faktycznie już podlega Voldemortowi (jak w siódmym tomie), to napisz o tym, Lori.
I jeszcze, odchodząc już od tego: więcej magii. To bardzo częsta przypadłość przy potterowskich fanfikach: brakuje magii. Nie tylko machania różdżkami, kominkowej komunikacji i przesiadywania w Hogsmeade, bo to nie wszystko. Czarodzieje na co dzień żyją magią, bez różnych rzeczy, którymi posługują się mugole. I to trzeba zaznaczyć. Popatrz tylko na fragmenty Pottera z Nory — zero mugolstwa, maksimum magii; wszystkie sprzęty domowe, wszystkie czynności, powiedzonka — to czysta magia. I chociaż wiadomo, że taki Daniel, który nie mieszka z magiczną rodziną, nie będzie miał tego wszystkiego, to magia powinna sprawiać wrażenie wszechobecnej. Zwłaszcza gdy piszesz o ludziach, którzy tak nienawidzą mugoli.
Podejrzewam, że powinnam też — dla dobra twojego pisania — odnieść się do scen przemocy, ale obawiam, że zabrzmi to kiepsko; ale co zrobić, przebrnijmy przez to. Otóż — z góry zastrzegam, nie jestem zwolennikiem brutalnych scen w tekstach, wychodzę raczej z założenia, że rzeczy tylko zasugerowane, a niedopowiedziane, robią znacznie większe wrażenie — ale: jeśli już coś opisujesz, to musisz się zdobyć na pewną dokładność, drobiazgowość. Dlatego że gdy piszesz tak lakonicznie o torturach, wydają się one sztuczne, nieprawdziwe, wręcz mało ważne, a co najważniejsze, nie poruszają czytelnika; a więc mamy efekt przeciwny do zamierzonego.
Uściślijmy: posypywanie ran rolą, obrywanie płatów skóry na żywej osobie, przebijanie płuc i ściskanie organów nie robi dużego wrażenia; to tylko rzeczy odznaczone na liście, przy dodatku wrzasków bólu. Jeśli to miałoby mieć pozory realności, musiałabyś oddać czynność po czynności, szczegół po szczególe, co — cokolwiek by nie mówili naturaliści i krytycy konwencji estetyzującej — byłoby obrzydliwe. A ponieważ ja nie tylko nie chciałabym, żebyś pisała równie wstrętne rzeczy, ale wręcz nie chcę, być wiedziała, jak mogą wyglądać takie tortury — radziłabym z nich zrezygnować. Moja propozycja jest następująca: graj czytelnikowi na wyobraźni — przerywaj w punkcie kulminacyjnym, a w następnej części niech ktoś wspomni o potwornym widoku ciała (jak to na przykład zrobiłaś przy Camilli); lub zrób z Daniela kolekcjonera — niech w myślach (lub głośno, w towarzystwie, to do niego podobne) wymienia, jaką innowację zastosował u ostatniej ofiary, a pomijaj tym samym stały skład tortur. Innego wyjścia nie widzę — tortury ogólnikowe brzmią nierealistycznie; szczegółowe są niesmaczne.
8/15p.
7. Styl
Pierwsza rzecz to specyficzna narracja — z ujawniającym się narratorem — dla mnie bardzo, bardzo męcząca, ale trzymasz się jej konsekwentnie, więc nie namawiam do zmiany. Chociaż powiem ci, że te wtrącenia narratora i jego komentarze, gdy tkwisz po uszy w trzecioosobówce, psują cały efekt. Są takie fragmenty, gdy snujesz historię i widać tylko ją, jest Peter Pettigrew, którego źli Ślizgoni straszą, po którym spływa pot i który gotów zrobić jest wszystko, byle tylko odeszli, mam to przed oczami i — trach!; wyskakuje mi z kąta narracyjne „ja”, które mówi „W sumie nie ma się co dziwić. Ja też bym się bała. A ty nie?” i cała opowieść znów jest tylko sumą słów wychodzących spod czyjejś klawiatury. Niemniej to równie dobrze może być moje prywatne odczucie.
Myślę też — i to już rzecz bardziej obiektywna — że powinnaś unikać oceny bohaterów. Coś takiego owszem, funkcjonuje w literaturze i nie jest błędem; ale literatura współczesna raczej nie lubi narratora, który ma zbyt wiele subiektywnych opinii na temat bohatera. Współczesny czytelnik woli raczej patrzeć na bohatera i samodzielnie stwierdzić, czy jego postępowanie tudzież rozmyślania mu się podobają.
No dobrze. Przejdźmy może do ogółu.
Styl masz nie najgorszy, nieźle posługujesz się słowem; ale to wciąż nie jest poziom, gdy tekst jest czytany dla samego stylu. Jak na razie to, jak piszesz, ma znaczenie drugorzędne, ważniejsze są treści, podczas gdy przy stylu naprawdę dobrym to historia jest mniej ważna niż sposób jej przedstawienia. Ale to nic nieosiągalnego; myślę, że wszystko jeszcze przed tobą.
Słownictwo masz niezłe, choć jeszcze nie rozwijające. Potrafisz tworzyć ładne kompozycje zdaniowe, ale z tym opisem to jest taka śmieszna sprawa. Dobrze radzisz sobie z przestrzeniami i dygresjami, różnego rodzaju wtrąceniami do historii; to się naprawdę dobrze czyta. Gorzej jest przy przedstawieniu sytuacji — idziesz zbyt szybko do siebie, byle skończyć; nie bawisz się słowem, zapominasz, że można przeplatać opis czynności bohatera z elementami charakteryzującymi jego czy otoczenie. Przez to niektóre sytuacje — na przykład scena w domu McGranhów — wyglądają na nienaturalne i mało ważne. Więcej drobiazgowości; dbaj o szczegóły. Nie musisz opisywać każdej wydzierganej serwetki w saloniku państwa McGranhów, ale możesz napisać wazonik, który potrącił przy wchodzeniu Daniel, a który Monroe — rzucając mordercze spojrzenia — złapał w locie. Nie spiesz się.
Na osobną uwagę zasługuje fragment z czwartego podrozdziału drugiej części, opis samego ataku na pociąg — zapewne wiesz, który mam na myśli, bo jest bardzo charakterystyczny. To jest właśnie to, co mam na myśli, mówiąc o zabawie słowem; i jeśli chodzi o styl, to najlepszy fragment w całym tekście, chociaż wiadomo, że w ten sposób — chaotycznie, aluzyjnie, szarpiąc tekst — nie można napisać całego opowiadania. Efekt psuje momentami dosłowność — powinnaś zupełnie zrezygnować z nazwisk, a akapit z Carrowem rozpisać tak jak ten z Moodym, przez omówienie. Niemniej to kawałek naprawdę dobrej prozy — ładnie posłużyłaś się aluzją, metaforą, kolorami, świetnie dobrałaś słownictwo; i nie przekroczyłaś granicy absurdu, to nie czysta forma, jest w tym zawarta treść.
No dobrze; teraz dialog.
Dialogi zasadniczo dzielą się na trzy grupy — i jest to mój podział, nic oficjalnego — dialog bardzo dobry, dialog średni i dialog słaby. Dialog bardzo dobry sprawia, że bohaterowie żyją, a my z nimi; bawią nas lub wzruszają, w zależności od intencji autora, płyniemy ze słowami. Dialog średni przechodzi niezauważony, pełni głównie funkcję informującą — bo o pewnych rzeczach mogą nam powiedzieć tylko bohaterowie — ale raczej nie widzimy w nim walorów estetycznych. Po prostu jest czytany — i idziemy dalej. Dialog słaby natomiast zostanie zauważony, ale z innych powodów niż dobry — dlatego że nie można przez niego przejść i pójść dalej, bo nam zgrzyta, a taki zgrzyt to jak niespodziewany dół pod kołami samochodu. Przyczyny mogą być różne — nieodpowiednie lub zwyczajnie nieładne słownictwo, zawirowania językowe, nadmierna surowość lub emocjonalność wypowiedzi. I twoje dialogi, niestety, w większości należą do słabych. Bo brzmią sztucznie. Bohaterowie wypowiadają kwestie, jakby recytowali rzeczy wyuczone na pamięć — słowa, które wypowiadają, zwyczajnie nie pasują do sytuacji, są zbyt nadęte, patetyczne (Katherine-Daniel), przesadzone (ojciec i matka Daniela — miałaś dobrą koncepcję, jeśli chodzi o różnicowanie języka bohaterów, ale posunęłaś się nieco za daleko, nawet jeśli chodziło o ukazanie teatralności bohaterów) lub nienaturalnie niesforne (przyjacielskie zebranie Ślizgonów, raz w pociągu — dialogowa tragedia, raz u Avery’ego). Oczywiście nie twierdzę, że każdy dialog jest zły, bo nie — kilka rozmów Daniela z Monroe’em to poziom średni lub ciut wyższy; ale poziom średni powinien być normą, a ty powinnaś piąć się wyżej.
Z rzeczy ważnych to tyle; ale chciałabym jeszcze zatrzymać się przy kilku drobiazgach, które wpadły mi w oko przy lekturze. A więc:
a) „Jeszcze wygodniej oparła się o ścianę, kładąc nogi na
długowłosym chłopaku” — tego typu wyrażenia uznawane są za błędne i wprowadzają niepotrzebne zamieszanie; przecież nie położyła tych nóg na jego głowie — włosach — więc po cóż o nich wspominać w tym akurat momencie?;
b) „Równie ciemne oczy, bladoróżowe usta i ciało, którego wiele osób mogłoby mu zazdrościć sprawiało, że Andrew zajął miejsce, które miało później należeć do Syriusza Blacka - miejsce podrywacza numer jeden w Hogwarcie” — zła koncepcja; nie możesz wprowadzać tego rodzaju stwierdzeń w momencie, kiedy dla Potencjalnego Czytelnika nazwisko Syriusza Blacka nic nie znaczy; bo my niby go znamy z kanonu, niby w fanonie funkcjonuje jako super ciacho, ale twój tekst musi funkcjonować samodzielnie, tak jakby kanonu, fanonu i całej reszty oczywistości nie było; co innego gdybyś napisała, że miejsce Andrew — jako naczelnego podrywacza — miał zająć dopiero Syriusz Black — wtedy sprawia on pozory postaci nowej, wprowadzonej tylko w tym kontekście, poza tym, że wszyscy oczywiście wiemy, kim jest Łapa; trochę zakręciłam, więc spróbuję to powiedzieć ogólniej: nie możesz określać Andrew, swojej postaci, która jednak już zaistniała, poprzez postać, której jeszcze w tekście nie ma, możesz natomiast definiować Syriusza — jakiegoś przypadkowego, nowego bohatera — poprzez Andrew, którego dobrze nie znamy, ale który przynajmniej już się pojawił; to samo tutaj: „Jest jedynym rozwiązaniem — mówił, a w jego głosie można było wyczuć pasję, zupełnie jak wtedy, gdy Potter chwalił się przed rudą szlamą swoimi zdolnościami” — nazwisko Potter jeszcze nic nam nie mówi, więc to porównanie pozornie jest bez sensu, chociaż w praktyce wszyscy wiemy, o co chodzi;
c) kolejność słów ma czasami znaczenie; ot, tu: „Mugolka nazywała się chyba Klara i chyba miała dziewiętnaście lat” — „miała chyba dziewiętnaście lat” brzmiałoby lepiej, bo mieć — to miała na pewno; „chyba” dotyczy tego, ile lat miała, a nie — że w ogóle miała;
d) zbyt często uciekasz się do „tego nie da się opisać”, „było nie do opisania”; otóż — owszem, są rzeczy, które nie sposób opisać, ale na tym właśnie polega zadanie pisarza, by oddać je słowem; jeśli nie prawdziwie, to przynajmniej ładnie, jakkolwiek brzydko to brzmi; pisarz musi opisywać; zgoda, dla podkreślenia wagi pewnych rzeczy można je pozostawić nieokreślonymi — ale ten sam manewr nie przejdzie dwa razy; jeśli zbyt często będziesz się uciekać do takich środków, to pojawi się wrażenie powtarzalności; to, co niby ważne i wyjątkowe, stanie się nudne, takie same;
e) „Mimo że obecni tutaj wszyscy byli czarodziejami z krwi – przede wszystkim z krwi – i kości, i że wszyscy doskonale wiedzieli, kim był niejaki Merlin, nie pochwalali jednego z jego wynalazków. W miejscu, w którym się znajdowali, nigdy nie miał się pojawić okrągły stół jako symbol spotkania, gdzie wszyscy są sobie równi i starają się w zgodzie rozwiązać powstałe spory” — zbyt długie omówienie; aluzja dla jednych będzie czytelna, a dla innych nie, z tym nic nie zrobisz, ale nie możesz jej tłumaczyć w tekście; powinnaś urwać po „nigdy nie miał się pojawić okrągły stół” — i podejrzewam, że każdy by zrozumiał, o co chodzi, a jeśli mimo to obawiasz się, że nie — to lepiej zastosować odnośnik pod tekstem, niż utracić jego płynność.
I to wszystko, co obecnie przychodzi mi do głowy. Twój styl ma się nieźle, tekst da się czytać — czasami nawet można go czytać z przyjemnością. Musisz koniecznie popracować nad dialogiem i zwracać większą uwagę na szczegóły; a resztę zrobi czas i doświadczenie.
7/12p.
8. Wrażenia końcowe
Przyznam, że zaczęłam ocenę od tej rubryczki, żeby mi to wrażenie po przeczytaniu tekstu nie uciekło. Toteż najpierw przytoczę to, co napisałam zaraz po skończeniu lektury — a potem dodam jeszcze kilka słów. Otóż:
Podoba mi się koncepcja
Turn the page, bardzo mi się podoba. Skupienie się na atmosferach, obyczajowości, drobiazgach tworzących kompletny obraz pewnej całości, epoki w dziejach społeczeństwa, zamiast na mniej czy bardziej banalnej historii jednostki — to jest to, co ja bardzo lubię. Kłopot w tym, że chyba nie da się zrobić z tła głównego bohatera; po prostu tło ma to do siebie, że — aby mieć szanse być tłem potężnym, robiącym wrażenie — musi pozostać w swej roli, a nie przejmować charakter pierwszej postaci. Myślę, że sama doskonale o tym wiesz, w końcu zdecydowałaś się na istnienie konkretnego bohatera, Daniela. Tylko że nie wyszło. Zamiast losów postaci, na której przykładzie widzielibyśmy, jak w danym czasie, okolicznościach wyglądał świat, mamy niepełny świat i niepełnego bohatera. Skaczesz od wydarzenia do wydarzenia, brak w tym ciągłości i — niestety, niestały — jakiejś całości, jakiejś historii, jakiejś stałej. Po prostu — nie mam pojęcia, do czego dążysz ani jak ten cel chcesz osiągnąć. Samozagłada bohatera, wielki upadek? — bo przecież wiemy, jak się kończy panowanie Lorda, na chwile i na zawsze — może to i byłoby ładne, może i właśnie fragmentowanie losów Daniela, utajemniczenie ich, dobrze się w tym sprawdzi. Ale ja nie lubię tego rodzaju formy, ja wolę mieć pełny obraz, choćby z otwartą kompozycją, ale pełny. A że to kategoria, w której wyrażam swoje nie do końca uzasadnione, subiektywne osądy, uznaję, że ma prawo mi się nie podobać.
W momencie, gdy chcemy skupić się na świecie, najlepiej chyba jednak nie obsadzać głównego bohatera, ale skakać od postaci do postaci, nigdy zbyt długo nie tkwić z jednej podświadomości, zmieniać światopoglądy. Podjęłaś próbę czegoś takiego i jeszcze cię za to zganiłam — racja. Dlatego że trzeba się zdecydować. Albo dominacja jednej osoby — Daniela — albo raz Drops, raz Potterowie, raz Lucjusz, raz Voldemort. A w tym wszystkim nadal trzeba mieć jakąś koncepcję całości, mieć jakąś historię — wątki, nie obyczajowość — do opowiedzenia. Pozory, Lori; powieść musi mieć pozory powieści. Musisz prowadzić opowieść, nawet gdy chodzi o kolor płaszcza mordercy, a nie ofiarę. Inaczej nie utrzymasz uwagi Potencjalnego Czytelnika. Niby przeczy temu entuzjazm, z jakim przyjmuje się
Turn the page, ale — uwaga, zaraz kogoś obrażę — mam bajecznie silnie przekonanie, że spory procent ludzi zachwyconych tym tekstem poleciała, brzydko mówiąc, na te tortury, na te przekleństwa, na te rzekomo wstrętne i złe rzeczy, które serwujesz i którymi — świadomie czy nie? — się reklamujesz. A ja już spotkałam w literaturze brutalność, amoralne postawy, katastroficzne wizje; nie porusza mnie to. A gdy je sobie odejmę — bo to przecież tylko dodatek zaserwowany dla lepszego ukazania realiów, a nie rzecz nadrzędna — to cóż zajmującego mi pozostaje?
I to był mój komentarz, na którym być może powinnam zakończyć. Ale: w procesie oceniania te moje wrażenie nieco uległo zmianie, choć nie w kwestii samego
Turn the page. Historia nadal mnie nie bawi; nie bawią mnie wydarzenia ani bohaterowie — są mi po prostu obojętni i jeśli chodzi o mój punkt widzenia jako czytelnika, to podejrzewam, że więcej bym do nich nie wróciła; ot, nie mój styl. Natomiast gdy już wgryzłam się w szczegóły, bardzo dobrze pracowało mi się z tym tekstem, rozkładało go na czynniki, zaglądało do środka i opisywało. Ba, już bardzo dawno temu tak świetnie mi się nie oceniało. I te wrażenia — związane z procesem oceniania — umieszczają
Turn the page w mojej pamięci o oczko wyżej.
3/6p.
Błędy — 21/30p.
1. Logiczne i rzeczowe, kanoniczność
Zacznę od mowy Tiary przydziału skierowanej do Daniela, bo jest niekanoniczna, nielogiczna, niemądra i na dokładkę okrutna. Niekanoniczna, ponieważ Tiara nigdy nie bawiła się w takie ogólne dygresje — o nich mogła śpiewać przy rozpoczęciu uroczystości, natomiast kiedy nasadzono ją na głowę ucznia, mówiła do niego i o nim. I wydaje mi się bardzo głupim posunięciem wprowadzenie tej jej mowy — owszem, ona dużo mówi o Danielu, ale Daniel w tym momencie jest dzieckiem — Tiara nie powinna go tak ostro oceniać i rugać za błędy innych ludzi, może niezupełnie związanych z nim; a po drugie — jako dziecko nie był jeszcze ukształtowany. Mógł mieć pewne predyspozycje (do umieszczenia go w Slytherinie, na przykład), ale nie powiedziałabym już wtedy, że jest/będzie na pewno śmierciożercą; i traktowanie go tak przez Tiarę jest niepoważne i właśnie okrutne, choć może to zbyt mocne słowo.
„[…] miały swoje miejsce na szafce pod oknem. Ciemne zasłony kryły Avery'ego przed spojrzeniami wścibskich sąsiadów, którzy zawsze dziwili się brakiem telewizora w pokoju” — znów przesada; przez okno można co najwyżej dostrzec fragment pokoju, część umeblowania, ale nie — z całą pewnością stwierdzić, że w mieszkaniu (całym!) nie ma telewizora; a wątpię, by ktoś taki jak Avery wpuszczał do środka i oprowadzał mugoli.
„W skutek owych wydarzeń, owego dnia, 1 września 1980 roku, Poppy Pomfrey, Alastor Moody oraz Frank i Alicja Longbottomowie, zamiast nasycić się pyszną kolacją przygotowaną przez skrzaty domowe, spędzili miły wieczór w skrzydle szpitalnym. Za towarzystwo mieli kilkanaście buteleczek różnorakich płynów (w których zawartości połapałby się chyba tylko Severus Snape),” — jeśli nie połapałby się w ich zawartości nikt poza Snape’em, to marnie widzę los rannych uczniów…
„Każdy z nich wiedział, że tylko jeden z nich jest najważniejszy, że jeden jest panem, któremu wszyscy podlegają – zaś nieliczni mogli wierzyć w to, że Lord Voldemort traktuje ich jak swoich przyjaciół, potrzebnych mu nie do zrealizowania planu, a po to, by mógł żyć” — wątpię, by byli tak nieliczni; i, jak już mówiłam, zbyt ogólny ten podział.
6/10p.
2. Gramatyczne
„Jutro, pierwszego września, miał pierwszy raz wsiąść do Hogwart’s Express” — w polskiej wersji językowej to powinien być chyba Hogwart Ekspres, a jeśli nawet pozostajesz przy oryginalnej nazwie, to powinno się ją odmieniać; a więc do Hogwart’s Expressu;
„Nie był tu od siedmiu lat; nie mógł znieść tego
momentu, kiedy jego brat wyjeżdżał do szkoły, a on musiał machać mu na pożegnanie. Nienawidził tego
momentu” — raz, powtórzenie, dość łatwe do wyeliminowania; a dwa — pierwsze zdanie brzmi trochę tak, jakby to była sytuacja powtarzalna, te wyjazdy i machania, podczas gdy Daniel tylko raz odprowadzał brata na pociąg, a więc jeśli nie mógł znieść tego momentu — to tylko powracającego w jego pamięci;
„
Nie wgłębiając się za bardzo w to, co robili; była dość wczesna godzina wieczorna, a Daniel wiedział, że zostało mu najwięcej piętnaście minut” — z konstrukcją zdań z imiesłowowym równoważnikiem rzecz się tak ma, że imiesłów musi dotyczyć podmiotu; tymczasem w drugim zdaniu składowym podmiotem jest godzina — godzina była, nie wgłębiając się w to za bardzo? ano, nie; od biedy można by powiedzieć, że Daniel, nie wgłębiając się w to, wiedział — ale i nie o to chodzi, bo, jak podejrzewam, miałaś na myśli narratora, siebie — ty, nie wgłębiając się w to, chcesz przejść do innych spraw; ale ty jako narrator w tekście się nie ujawniasz (nie w tym momencie), ujawnia się podmiot-godzina i podmiot-Daniel; i dlatego mamy błąd;
„ Pozornie szczęśliwy mężczyzna - miał dobry start, zaraz po skończeniu szkoły załapał się do pracy w Ministerstwa” — w Ministerstwie; albo nawet — w ministerstwie, bo to tylko określenie instytucji dużymi będzie tylko przy pełnej nazwie — Ministerstwo Magii; a przynajmniej tak mi się wydaje — nie jestem pewna, jak to wygląda w kanonie.
3/5p.
3. Ortograficzne
„[…]jaka była blada twarz Pettigrewa, kiedy wychodził na korytarz” — pewności nie mam, acz wydaje mi się, że nazwisko Pettigrew, ze względu na wymowę, powinno pozostać nieodmienione.
W kanonie śmierciożerców zapisuje się małymi literami — nie jest to żadna nazwa własna, od, określenie ugrupowania, jak listonosz, student czy hipis.
4/5p.
4. Interpunkcyjne
„Kiedy jesteś Śmierciożercą
, jesteś też punktualny; taka umowa wiązana”;
„Kiedy jest się nastolatkiem
, uważa się, że najlepsze […]”;
„Zdawała sobie sprawę z potęgi Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, ale dopiero
, gdy na własnej skórze odczuła stratę, zrozumiała, że to już nie bitwa o przetrwanie, a walka na śmierć i życie”
Chyba oślepłam, ot co.
4/5p.
5. Leksykalne
„
Za grubą warstwą Tajemnicy ukrywał się Śmierciożerca” — pod;
„Zafarbowałaś włosy — powiedział” — zwykle mówi się „pofarbować włosy”, ale że mówiący jest mężczyzną, a ci, jak wiadomo, są w pewnych kwestiach nieuświadomieni, być może to błąd celowy;
„[…] mała szafka, w której Monroe trzymał dwie pary kubków, talerzy i sztućców” — zwykle nie mówi się o parach kubków czy talerzy, gdy jest ich więcej niż jedna — więc albo dwa, albo cztery, cóż tam miałaś na myśli.
2/3p.
6. Literówki
„Choć mógł śmiało wykonać ten gest, Śmierciożerca był za bardzo zajęty
rozmyśleniami” — rozmyślaniami.
2/2p.
Punktów
111/160, czyli górne
grosza warte. Nie jestem pewna, czy to odpowiednie miejsce dla
Turn the page — bądź co bądź to dobry tekst, oparty na stosunkowo świeżym pomyśle i całkiem nieźle opracowany; myślę, że równie dobrze mógłby się znaleźć w biblioteczce — choć ma pewne braki, co można stwierdzić po samej długości oceny.
Porad mam niewiele; wszystko, o czym chciałam powiedzieć — powiedziałam. Pracuj nad stylem, Lori, nad postaciami i nad tłem. A przede wszystkim pisz, pisz, bo to jedyna metoda; tymczasem na blogu od niepokojąco długiego czasu nie pojawiła się aktualizacja. Byłoby przykro, gdyby takie opowiadanie utknęło w martwym punkcie — choćby ze względu na innowacje, które wprowadzasz.
I jeszcze jedno:
Czarny chleb i czarna kawa
opętani samotnością
myślą swą szukają szczęścia
które zwie się wolnością*
— Strachy Na Lachy; polecam Wujka Google
Isamar
Lauren M — 5.09.2010r. o 16.34
83.27.234.191 / bcs191.neoplus.adsl.tpnet.pl
/ brak www
Oh, my. Mam nadzieję, że i-m-o nie upadną, chociaż widzę, że jest ciężko i będzie teraz chyba jeszcze ciężej z czasem.
W każdym razie to, wg mnie, najlepsza oceniania i szkoda by było, gdyby umarła śmiercią naturalną. Mimo że znikłam z blogów na dosyć długo (półtora roku?), to o tobie, Isamar, wciąż pamiętam.
W każdym razie pozdrawiam i życzę szczęścia w naborze nowych oceniających,
Lauren M.
|
Rita S. — 10.08.2010r. o 01.00
88.156.92.121 / 088156092121.wroclaw.vectranet.pl
/ brak www
skeeterzin.mylog.pl dziękuje za inspirację do numeru 1.
Rita Skeeter pozdrawia.
|
lori — 17.07.2010r. o 22.29
83.27.157.2 / azt2.neoplus.adsl.tpnet.pl
/ brak www
Jej, Ismar!
Przeczytałam tę ocenę kolejny raz, potem znów i... jestem zachwycona. Naprawdę, Twoja analiza wiele mi dała, nie potrafię opisać tego zachwytu, ale sławię każdemu, kogo spotkam "In my opinion". Dogłębna analiza, nie wiem, czy mam się rozpływać w ochach i achach? Chciałam tylko powiedzieć Ci, że Twoja praca na pewno nie poszła na marne!
Dziękuję jeszcze raz i już mnie nie ma.
|
Ishke — 25.05.2010r. o 16.27
83.238.231.32 / 83-238-231-32.adsl.inetia.pl
/ brak www
Piosenka więzienna. :)
|
Zło Konieczne — 7.05.2010r. o 01.06
95.41.94.155 / apn-95-41-94-155.dynamic.gprs.plus.pl
/ brak www
Zło Konieczne rozpoczyna nową akcję!
Aby stworzyć rzeczowy i obiektywny ranking ocenialni planujemy przeprowadzić wywiady z ocenionymi blogerami. Każdy takowy wywiad zostanie opublikowany. Każdy oceniający, o którego będziemy pytać ma prawo do jednorazowego skomentowania takowego wywiadu. Owy komentarz opublikowany zostanie wraz z opinią ocenionych. Regulamin rankingu znajduje się na stronie Zła Koniecznego w zakładce Ranking ocenialni.
Załoga Zła Koniecznego
[http://zlo-ocenialnie.blog.onet.pl/]
|
lori — 28.02.2010r. o 22.48
83.26.132.135 / aoy135.neoplus.adsl.tpnet.pl
/ brak www
jedna z rzeczy o których zapomniałam, ale przypomniałam sobie zanim nacisnęłam link na "zło konieczne" - opowiadanie nie utknęło w martwym punkcie, mam tego sporo w wordzie, ale... no właśnie, ale.
|
lori — 28.02.2010r. o 22.46
83.26.132.135 / aoy135.neoplus.adsl.tpnet.pl
/ brak www
Nie wiem od czego zacząć - powinnam była chyba wypisywać sobie wszystko podczas czytania oceny, ale tak się nie stało. Jutro poniedziałek, więc czasu na ponowną lekturę nie mam; mam nadzieję, że to chociaż częściowo wytłumaczy chaotyczność tego komentarza.
Na samym początku muszę podziękować za wyczerpującą analizę tekstu, którą mogę określić jako najlepszą "do tej pory". Droga Ismar, zwróciłaś mi uwagę na rzeczy, których nikt wcześniej nie zauważył, a - wiadomo - autor może mieć inne wyobrażenie swojego tekstu.
Zacznę od samego pomysłu; początkowo rzeczywiście miały być to epizody z życia śmierciożercy, dopiero później pojawiła się jakaś konkretna idea. Jak sama zauważyłaś - to widać. Fabułę, jako taką, dopiero wprowadzam. Tło nigdy nie miało wyjść poza swoją rolę, zapewniam.
Katherine miała być patetyczna i sztuczna już w założeniu; teraz widzę jednak, że przerysowałam ją aż za bardzo. Ale swoich błędów nie naprawię, podobnie jak samego faktu, że dlaczego, do jasnej cholery, Voldemortowi zależało na McGranhach? Przecież byli mugolami! Wcześniej tego nie widziałam, teraz tego nie zmienię - autor musi płacić za błędy. Ja swoich znalazłam już całą masę i skutecznie brnę przez kolejne strony Worda starając się je jakoś wyeliminować.
Jednym z takich błędów jest na pewno Hogwart's Express. Zdarzenie na pewno nieprawdopodobne, naciągane - ale przecież nie wytnę tego z całej historii. Brzmi tak, jakbym się usprawiedliwiała; może rzeczywiście tak jest, może nie. Zaś co do samej psychologii, nieprawdopodobności zdarzeń i zachowań... wiem, że mój Voldemort jest słaby. Zdawałam sobie sprawę z tego przez cały czas, nie mogąc jednak dojść do wniosku, czego mu brakuje, jaki był u pani Rowling, dlaczego u mnie nie wygląda tak, jak w kanonie. Ogromnie dziękuję, że zwróciłaś mi na to uwagę.
Sprawa dialogów - leżą. Przyznaję się bez bicia, wiem, przepraszam? Nie będę się tłumaczyć, bo nie mam nic na swoją obronę.
Świat przedstawiony ma się ukazać. Powoli, w zamierzeniach, nie dosłownie - podczas różnych zdarzeń mają zostać pokazane Ministerstwo Magii czy same stosunki łączące śmierciożerców z Czarnym Panem. Powiem szczerze, że boję się tego, bo zmusza mnie to do konfrontacji z Lordem, czego, jak już słusznie zauważyłaś, przedstawić nie potrafię.
Co jeszcze? Bohaterowie. Cieszę się z twojego wyobrażenie Daniela, jako tego młodego, porywczego - głupiego? Masz rację, podając go na tacy czytelnikowi nie pozostawiam mu swobody interpretacji, ale bardzo zależy mi na tym, by już teraz oswoił się z myślą, jak bezrozumnie cały czas postępuje Daniel - otwiera mi to kolejną furtkę, przez którą będę mogła przejść prowadząc fabułę. Avery ma pozostać przyjacielem Smitha, tym 'o stopień wyżej', odrobinę tajemniczym, powściągliwym. Śmierciożercy jednak, jakkolwiek niektórzy wyszczególnieni, z zarysami osobnych wątków, tworzą dla mnie - jeszcze - bohatera zbiorowego. Wprowadzając kolejne postaci, sprawia to wrażenie niedokończenia i chaotyczności, cały czas przygotowuję jednak sobie grunt, na którym będzie miała rozegrać się cała historia.
Czy osadzenie całej fabuły wokół jednego bohatera można uznać za dobry pomysł - nie wiem. Osobiście uważam, że nie podołałabym opisywaniu całej historii nie mając tej głównej postaci, wokół której mogłabym wszystko zaczepić. Cały czas się uczę, cały czas piszę; dla własnej radości i tego, jaką przyjemność sprawia mi oddawanie tej sytuacji. Twoje rady wezmę na pewno do serca, bowiem zwróciłaś moją uwagę na rzeczy, których do tej pory nie zauważałam - i o których zapomniałam na pewno napisać w tym nieskładnym komentarzu. Jeszcze raz serdecznie dziękuję za solidną analizę tekstu.
|
Io — 26.02.2010r. o 23.44
83.11.208.224 / acyy224.neoplus.adsl.tpnet.pl
/ brak www
"Czarny chleb i czarna kawa" to piosenka harcerska. Polecam śpiewniki.
|